Kukbuk
Kukbuk
Ala, Kajetan i Agnieszka Kręgliccy (fot. archiwum Agnieszki Kręglickiej)

Nie ma jak u gastro-mamy

Marchewka z tymiankiem, boczkiem i cebulą, kaczka faszerowana kaszą gryczaną, chałka z masłem i z szynką – każdej z nich dzieciństwo kojarzy się z innym daniem. Teraz gotują same – dbając o wspomnienia kulinarne nie tylko swoich dzieci. Z okazji Dnia Matki rozmawiamy z trzema twórczymi i inspirującymi mamami, które kształtują świat polskich kulinariów.

Tekst: Ada Michalak

Zdjęcie główne: archiwum Agnieszki Kręglickiej

Opublikowano: 24 Maja 2021
Ten artykuł przeczytasz w mniej niż 21 minut!

Macierzyństwo to nie tylko sielankowe chwile, ale także wyrzeczenia i duża odpowiedzialność. Gdy w grę wchodzi jednocześnie rodzicielstwo i prowadzenie własnego biznesu gastronomicznego, niezwykłym wyzwaniem jest zachowanie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Czy istnieje złoty środek pozwalający pogodzić macierzyństwo i karierę zawodową? Jak z biegiem czasu zmienia się podejście matek do sukcesu w pracy? Z okazji Dnia Matki trzy inspirujące mamy, które działają w branży kulinarnej, opowiadają nam o swoich wyzwaniach, doświadczeniach i sukcesach.

Agnieszka Kręglicka

Ala, Kajetan i Agnieszka Kręgliccy (fot. archiwum Agnieszki Kręglickiej)

Od ponad 30 lat działa na warszawskim rynku gastronomicznym. Zaczynała pod koniec lat 80. od otwarcia pierwszej w Polsce restauracji z kuchnią chińską (więcej o historii biznesu rodziny Kręglickich przeczytasz tutaj>>). Dziś jest współwłaścicielką kilku stołecznych lokali. Otwiera warszawiaków na smaki z odległych zakątków świata i inspiruje innych restauratorów. Pracę w branży gastronomicznej łączy z macierzyństwem. Jest mamą 17-letniej Toni i tegorocznego maturzysty Kajetana.

To dobry wzór – widzieć rodziców, którzy lubią swoją pracę i są w nią zaangażowani

Czujesz się spełniona zawodowo? Jeśli tak, to jak zawodowe spełnienie łączyłaś z wyzwaniami jakie niesie za sobą bycie mamą?

Nasze restauracje są na rynku od ponad 30 lat. To dużo czasu i mnóstwo satysfakcji, ale ta praca to ciągły proces zmian i ulepszeń. Uczucie spełnienia przeplata się z nieustanną potrzebą rozwoju. Mój syn zdaje w tym roku maturę, córka ma 17 lat – całe ich życie jest powiązane z restauracjami. Nasza praca wkrada się wszędzie, nieistotne, czy jesteśmy na wakacjach, czy przy stole podczas rodzinnych uroczystości. Ale myślę, że to dobry wzór – widzieć rodziców, którzy lubią swoją pracę i są w nią zaangażowani. Ja też pamiętam mamę i tatę roztrząsających zawodowe sprawy, przejętych tym, co robią.

Ala, Kajetan i Agnieszka Kręgliccy (fot. archiwum Agnieszki Kręglickiej)

Czy twoja definicja sukcesu i pomysł, jak go osiągnąć, zmieniły się, kiedy zostałaś mamą? Zaczęłaś podchodzić do swojej pracy inaczej?

Nie planowałam ani nie definiowałam sukcesu. Zajmowałam się przyjmowaniem gości i skupiałam na tym, by robić to najlepiej, jak potrafię. Mamą zapragnęłam zostać, bo byłam w związku, który dojrzał do takiego wspólnego doświadczenia. Miałam komfortowe warunki, pracowałam z mężem i bratem, którzy wspierali pomysł powiększenia rodziny. Pomagali mi i robili wszystko, żeby nie było żadnych utrudnień. Macierzyństwo mnie wzbogaciło, otworzyło na lepsze rozumienie siebie, moich potrzeb. Jednocześnie nauczyło mnie dużo o potrzebach innych. Dzięki niemu pewnie złagodniałam.

Dość często okazuje się, że im więcej ma się zadań, tym jest się skuteczniejszym w ich wykonywaniu

A jak znajdowałaś w tym wszystkim czas dla siebie? Niełatwo dbać o swoją przestrzeń, kiedy ma się tyle obowiązków.

Dość często okazuje się, że im więcej ma się zadań, tym jest się skuteczniejszym w ich wykonywaniu. To był dla mnie niezwykle wydajny okres. Działałam w firmie pełną parą, prowadziłam aktywne życie rodzinne, dużo pisałam, działałam społecznie, ćwiczyłam jogę i podróżowałam. Lubię wspominać ten czas, spontanicznie i niepostrzeżenie udawało mi się łączyć wiele obowiązków. Miałam bardzo komfortowe warunki – wygodny dom, cudowną opiekunkę do dzieci, zaangażowanego męża i grupę przyjaciół po sąsiedzku. Macierzyństwo przyszło w najlepszym momencie.

Urodzenie dziecka to mocne przeżycie, po którym część matek rezygnuje z pracy w gastronomii, bo jest zbyt absorbująca

Kiedy sama zostałaś mamą, zmieniłaś podejście do swoich pracownic, które też są matkami?

Macierzyństwo nie determinuje tego, jakim kto jest pracownikiem. Są dziewczyny, które potrafią łączyć dom i pracę i w obu tych sferach są świetne, i takie, które niekoniecznie sobie z tym radzą. Wierzę, że w każdej sytuacji można znaleźć rozwiązanie. Istotne, żeby zależało na tym obu stronom. Nasi pracownicy często słyszą hasło „najpierw rzeczy najważniejsze”. Dla mnie jest jasne, że to dzieci i rodzina są na pierwszym miejscu – rozumiem to, bo czuję tak samo. Jednocześnie oczekujemy uznania, że płynne działanie firmy jest wspólną odpowiedzialnością osób zaangażowanych, nie tylko pracodawcy. Urodzenie dziecka to mocne przeżycie, po którym część matek rezygnuje z pracy w gastronomii, bo jest zbyt absorbująca. Są też kobiety, które po powrocie z urlopu macierzyńskiego stają się bardziej pewne siebie, lepiej zorganizowane i silniejsze.

Ala i Kajetan, dzieci Agnieszki Kręglickiej (fot. archiwum Agnieszki Kręglickiej)

Czy z perspektywy czasu chciałabyś coś zmienić? Gdybyś mogła się cofnąć w czasie i udzielić sobie jednej rady przed założeniem biznesu i rodziny, co by to było?

Nie przychodzi mi do głowy nic, co chciałabym zmienić. Chociaż moja historia to zbitek przypadków, są to przypadki, które ułożyły się dla mnie bardzo szczęśliwie. Na pewno była jedna zasadnicza korzyść z tego, że urodziłam syna, kiedy otwieraliśmy Meltemi na Szczęśliwicach. Powstał tam nasz pierwszy kącik dla dzieci. Meltemi idealnie wpisało się w okolicę jako restauracja rodzinna, sąsiedzka. Zostaliśmy nawet wyróżnieni jako najlepszy w Warszawie lokal przyjazny dzieciom. Teraz w naszych restauracjach organizujemy weekendowe zabawy dla dzieci. Chcemy, by czuły się u nas równie dobrze jak dorośli.

Lubię widzieć, jak sobie radzą, nabierają wprawy i pewności siebie

Twój biznes gastronomiczny wpływa na twoje dzieci pod względem ich planów zawodowych?

Ich plany zawodowe na razie są zmienne. Oczywiście, w tyle głowy jest opcja pracy w naszej firmie, ale nie ma presji. Ich siostry cioteczne, córki mojego brata, są zaangażowane w działalność restauracyjną. To też na pewno pośrednio skłania Kajetana i Tonię, by przynajmniej rozważyć taką ścieżkę. Okazjonalnie włączają się do naszej pracy, zazwyczaj pomagają w kuchni, w szatni czy zmywalni. Te doświadczenia są niezwykle cenne. Lubię widzieć, jak sobie radzą, nabierają wprawy i pewności siebie. To się im przyda niezależnie od tego, gdzie wylądują w przyszłości.

Moje dzieci też ulegają czarowi fast foodu, ale jednocześnie uwielbiają gotować i robią to bardzo sprawnie

Porozmawiajmy jeszcze chwilę o smaku. Jak żywiłaś swoje dzieci? Lubiliście – i lubicie – podobne smaki?

Dzieci przesiąkały kulinariami przy okazji. Na wakacjach odwiedzaliśmy fabrykę konserw z anchois albo płynęliśmy kutrem łowić ostrygi. Kiedy chodziliśmy do restauracji, zawsze miałam przygotowane dla nich niespodzianki i atrakcje, żeby zająć czymś dzieci przy stole. To zdawało egzamin, bo mogliśmy je zabierać nawet do najbardziej wytwornych lokali. Gorzej niż my z najmłodszymi gośćmi radzili sobie czasem kucharze. Pamiętam, jak w jednej restauracji poprosiliśmy o coś prostszego dla dzieci, coś spoza menu. Kiedy zaproponowano nam risotto, byliśmy bardzo zadowoleni. Na stole ostatecznie wylądowało risotto z homarem, co nieco nas zaskoczyło. Ale dzieci zjadły je ze smakiem. Wiem, że Kajetan i Tonia lubią to swoje wyrobienie kulinarne. Ono jest przydatne towarzysko. Ich dieta od zawsze była przede wszystkim różnorodna – od bardzo prostych dań, jak kasza i twaróg, po rzadkie, oryginalne smaki. Tak jak inne dzieciaki, ulegają czarowi fast foodu, ale jednocześnie uwielbiają gotować i robią to bardzo sprawnie.

Ala, córka Agnieszki Kręglickiej (fot. archiwum Agnieszki Kręglickiej)

Ty też gotowałaś w dzieciństwie? Jaki był smak twojego dzieciństwa?

W kuchni byliśmy obecni wszyscy. Włączał się ojciec, włączaliśmy się ja i mój brat, choć to mama wiodła prym. Podobnie było w przypadku innych domowych obowiązków – sprzątania, wychodzenia z psem czy koszenia trawy na działce – wszystkim się dzieliliśmy. Jeżeli chodzi o smaki dzieciństwa, mamy z moim bratem sentyment do specjalności naszej mamy: kaczki faszerowanej kaszą gryczaną, czerwonych śledzi, pierogów z kaszą, sandacza na zimno. Pochodzimy z Lublina, gdzie szczypta cukru dodawana do pomidorowej i pierogów jest odrobinę większa niż w innych regionach. Myślę, że to między innymi dzieciństwo sprawiło, że po prostu kochamy kuchnię – i domową, i profesjonalną.

Kiedy jesteśmy w dobrym związku i mamy wokół siebie życzliwych ludzi, każdy czas jest dobry, żeby zostać mamą

Masz jakieś rady dla mam, które chcą prowadzić własny biznes w branży gastronomicznej?

Lubię model, który przypadkiem przyjęłam. Nie działałam według żadnego planu. Macierzyństwo po prostu przyszło do mnie późno, kiedy firma była już rozkręcona, stabilna i bezpieczna finansowo. A wcześniej wycisnęłam z młodości, ile się dało. Zaspokoiłam młodzieńcze potrzeby hipisowania i szalonych imprez. Z drugiej strony myślę, że nie ma co odkładać decyzji o dzieciach do czasu, aż zrealizuje się swoje plany zawodowe. Dlatego, że nie ma projektów ze stuprocentową gwarancją realizacji w określonym czasie. Najważniejsze, żeby nie działać samotnie. Kiedy jesteśmy w dobrym związku i mamy wokół siebie życzliwych ludzi, każdy czas jest dobry, żeby zostać mamą.

Ala Gabillaud

Właścicielka Missmellow Ala Gabillaud z córką Tosią (fot. Patrycja Skwierczyńska)

fot. Patrycja Skwierczyńska

To współzałożycielka Miss Mellow, jednego z najsłodszych adresów na mapie Warszawy. Jej lokal wyróżniają nie tylko pyszne wypieki, ale także stylowe wnętrze. Ala, która urodziła się we Francji, miłość do jedzenia wyniosła z domu. Poza prowadzeniem słodkiego biznesu jest mamą Tosi, która w lipcu skończy sześć lat.

Gotowanie odgrywało ważną rolę w okresie, gdy dorastałaś?

Kiedy myślę o miłym, wspólnym czasie z najbliższymi, kojarzy mi się z tym jedno miejsce – kuchnia. Jedną z głównych rozrywek, które zapewniała mi mama, było właśnie gotowanie. Kuchnia była miejscem, w którym spędzałyśmy dużo czasu, a ja, jako najstarsza z rodzeństwa, pomagałam, nakrywałam i eksperymentowałam. Gotowanie zawsze było znaczącą częścią życia naszej rodziny. Kiedy byłam mała, jeździłam do wujka piekarza do Francji. Często bawiłam się tam z moją kuzynką w sklep. Robiłyśmy potrawy z resztek bagietek i innych wypieków, przygotowałyśmy na przykład croissanty z czekoladą. Uwielbiałyśmy eksperymentować.

Moja mama nie gotowała klasycznej, polskiej kuchni. Byliśmy osadzeni w śródziemnomorskim klimacie

Pozostały ci jakieś smaki, które nieodłącznie kojarzą się z tym czasem?

Jedną z potraw, które kojarzą mi się z dzieciństwem, jest sałata na maśle z cebulą i groszkiem. Jakiś czas temu mama mi przypomniała, że to uwielbiałam, muszę to odtworzyć. Była też pyszna marchewka z tymiankiem, boczkiem i cebulą. Moja mama nie gotowała klasycznej, polskiej kuchni. Jedliśmy dużo makaronów i ryb, bo generalnie byliśmy osadzeni w śródziemnomorskim klimacie. Jeśli chodzi o desery, pamiętam słynne tiramisu mamy. Było zupełnie nieprzystosowane do dzieci, bo robiła je z likierem Baileys i amaretto. Czasami było tak, że dorośli próbowali deseru i mówili: „Dzieci dzisiaj jedzą bez biszkoptu”. Po dwóch kęsach wszyscy przy stole mieli wypieki na twarzach.

Mama twierdziła, że nie udają jej się słodkie potrawy, ja zaczęłam je robić. I taki podział pozostał do dziś

Gotowanie z mamą wpłynęło na twój gust kulinarny? Jesteście pod tym względem do siebie podobne?

Moja mama zawsze uwielbiała robić w kuchni słone potrawy. Przez to, że twierdziła, że nie udają jej się słodkie, ja zaczęłam je robić. I taki podział pozostał do dziś. Pod względem smaku jesteśmy do siebie trochę podobne, w końcu wychowałam się na jej kuchni. Chodzimy do tych samych restauracji i lubimy zbliżone smaki. Wszyscy w naszej rodzinie dobrze gotowali, więc w tej kwestii świetnie się dogadywaliśmy. Łączy nas też to, że obie prowadzimy biznes gastronomiczny. I tak jak ja nie piekę w domu, tak mama niezbyt dużo gotuje. W domu nie mam ani jednej rzeczy do wypieku ciasta. Kiedy chcę zrobić coś słodkiego, jadę do Miss Mellow. Mama ma podobnie.

Kiedy wracasz po trudnym dniu do domu, czasem brakuje cierpliwości, która jest bardzo potrzebna w opiece nad małym dzieckiem

Jak udaje ci się łączyć macierzyństwo z prowadzeniem biznesu gastronomicznego?

Kiedyś przeczytałam, że rodzicielstwo wiąże się z ciągłymi wyrzutami sumienia. Kiedy idziesz do pracy, masz wyrzuty sumienia, że nie jesteś z dzieckiem, a będąc z dzieckiem, żałujesz, że nie pracujesz. To idealnie obrazuje mój stan, kiedy Tosia była młodsza. Z jednej strony się cieszyłam, że idę do pracy, bo byłam zmęczona rolą mamy, z drugiej – bardzo tęskniłam za Tosią, kiedy mnie z nią nie było. Warto być świadomym, że branża gastronomiczna to jest ciężka fizyczna praca. Kiedy wracasz po trudnym dniu do domu, czasem brakuje cierpliwości, która jest bardzo potrzebna w opiece nad małym dzieckiem. Na początku byłam sfrustrowana próbami łączenia tych ról. Miałam wyrzuty sumienia, że nie spędzam czasu jakościowo. Ale im dalej w las, tym lepiej rozumiałam, że czasem warto sobie odpuścić.

To był dobry moment, żeby zostać mamą?

Trzeba pamiętać, że okres dzieciństwa jest na tyle krótki, że czasem warto chwilę zaczekać. Wszystko oczywiście zależy od indywidualnego podejścia, ale z perspektywy czasu myślę, że mogłam poczekać dłużej. Ruszyliśmy z Miss Mellow, kiedy Tosia miała dwa lata. Dobrze mieć czas dla siebie i dziecka, nacieszyć się nim, dodać mu siły. Żyjemy w czasach, kiedy wszyscy się spieszą i odhaczają kolejne sukcesy zawodowe. Warto więc trochę zwolnić, bo później się okazuje, że nie ma frajdy ani z jednego, ani z drugiego.

Ja wyznaję zasadę: szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko

Co byś poradziła innym kobietom, które chcą być mamami, a jednocześnie planują prowadzić biznes gastronomiczny?

To jest bardzo trudny temat, bo wszystko oczywiście zależy od człowieka. Jeśli ktoś ma pomysł, siedzi w tym i posiada odpowiednie umiejętności, z pewnością uda się to wszystko popchnąć. Z własnego doświadczenia wiem, że dla kogoś, kto nigdy nie pracował w gastronomii i nagle chce otworzyć biznes w tej branży, a dodatkowo planuje mieć dziecko, to może być duże wyzwanie. Mieszanka wybuchowa. Generalnie, jeśli się to czuje, trzeba podążać za swoimi marzeniami. Choć każdy musi to ocenić indywidualnie, jest przecież wiele modeli działania. Ja wyznaję zasadę: szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko. Jeśli kogoś uszczęśliwia właśnie gastronomia, warto próbować.

W Miss Mellow w większości pracują bardzo młode osoby albo takie po pięćdziesiątym roku życia, z odchowanymi dziećmi

Zmieniło się twoje podejście do pracowników, kiedy zostałaś mamą?

Od kiedy stałam się bardziej świadomą mamą, jest mi na pewno łatwiej rozmawiać z ludźmi i nimi zarządzać. Przy dziecku bardzo ważne są umiejętności lekkie, podobnie jak w pracy z ludźmi. Branża gastronomiczna nie jest łatwa, nietypowe godziny pracy, wysiłek fizyczny. Dla mamy z dzieckiem jest to duże utrudnienie, jeśli chodzi o zaplanowanie dnia. Wydaje mi się, że między innymi z tego powodu zazwyczaj spotyka się modele, w których to mężczyźni są szefami kuchni. W Miss Mellow w większości pracują bardzo młode osoby albo takie po pięćdziesiątym roku życia, z odchowanymi dziećmi. Mamy nawet w kuchni mamę z córką. Staram się być wyrozumiała. Jeśli ktoś jest wartościowym pracownikiem, zawsze próbujemy się tak umówić, żeby wszystko układało się w pracy, ale też, żeby ta osoba była szczęśliwa w życiu rodzinnym.

Ważne jest, żeby umieć odpuszczać i pozwalać sobie na popełnianie błędów

Jak sobie radzisz z organizacją? Niełatwo zarządzać swoim czasem, kiedy ma się tyle obowiązków. Masz na to jakiś dobry sposób?

Z Krzysztofem, moim byłym partnerem, który jest tatą Antosi, dzielimy się opieką nad nią. Tydzień Tosia jest u mnie, a tydzień u niego. Te tygodnie i ich organizacja skrajnie się od siebie różnią. Kiedy mam w domu Tosię, wstaję rano, zawożę ją do przedszkola i mam około siedmiu godzin pracy. Te dni nazywam „sympatycznym minimum”. To są tygodnie, kiedy wszystkie bieżące rzeczy muszą być załatwione. W te tygodnie, kiedy nie ma u mnie Tosi, nadganiam większe sprawy w pracy. Ważne jest, żeby umieć odpuszczać i pozwalać sobie na popełnianie błędów. Do obowiązków warto podchodzić z ciekawością, a nie roszczeniem. Nauczyłam się tego, kiedy w pewnym momencie dojechałam do ściany. Byłam przepracowana i sfrustrowana, bo za dużo na siebie wzięłam. Pewnego dnia musiałam zadbać też o siebie. Przestałam od siebie tyle wymagać i stałam się dla siebie bardziej wyrozumiała, co miało dobry wpływ na wszystko dookoła. Środowisko gastronomiczne ma to do siebie, że wywiera niezdrową presję. Jeśli chce się pracować w tej branży dłużej, trzeba czasem zwolnić tempa.

Nie ma też czegoś takiego, że Tosia je inny posiłek niż my

To, że należysz do świata gastronomii, wpłynęło na sposób, w jaki żywisz Tosię?

Trafiłam w życiu na bardzo mądre matki, które podzieliły się ze mną swoimi doświadczeniami. Wychodziłam z założenia, że dziecko musi mieć wybór. W pewnym momencie Tosia jadła wszystko, lubiła na przykład czipsy z jarmużu i humus. Nigdy nie było problemu z tym, że nie chciała jeść, bo nigdy nie wciskaliśmy jej nic na siłę. Jestem z tego dumna. Nie ma też czegoś takiego, że Tosia je inny posiłek niż my. Gotuję dla wszystkich. Mam to szczęście, że mogę spełniać się w kuchni na co dzień, a Tośka to, co zrobię, zajada ze smakiem. Po prostu lubi jeść. A teraz jest w takim wieku, że cały czas je. Kiedy jest u mnie, bardzo dużo pichcę. W domu mamy tylko taką zasadę, że nie jemy marketowych słodkości. No dobra, jeśli już się zdarza, to zwykle jest to tabliczka czekolady, ewentualnie żelki. W weekendy czasami robimy sobie większą dyspensę.

Udaje ci się w tym wszystkim znaleźć czas dla siebie?

Na początku było trudno, wciąż uczę się to robić. Trochę sobie odpuściłam i zaakceptowałam, że każdy popełnia błędy. Co nie oznacza oczywiście, że się nie staram. Warto po prostu podejść do tego z rozsądkiem.

Lara Gessler

obrady jury kukbuk poleca

Wychowana w rodzinie, w której jedzenie i gotowanie zawsze grały pierwsze skrzypce, pasję do kulinariów odziedziczyła po rodzicach – znanej restauratorce i cukierniku. Fachu uczyła się od najlepszych mistrzów w akademiach kulinarnych i w restauracjach w Londynie i Nowym Jorku. Jest współwłaścicielką restauracji Słodki Słony, a także pasjonatką sportu i podróży. Od października ubiegłego roku obowiązki zawodowe i zainteresowania łączy z rolą mamy małej Neny.

Wycinałam ciasto na pierogi i ciastka, to były moje podstawowe dziecięce zajęcia w kuchni

Często gotowałaś ze swoją mamą, kiedy byłaś mała?


Bardzo lubiłam gotować z mamą. Wycinałam ciasto na pierogi i ciastka, to były moje podstawowe dziecięce zajęcia w kuchni. Pasjami siałam też warzywa na grządkach. Prosiłam rodziców, żeby wyznaczyli mi miejsce na moje własne uprawy. Gotowanie od zawsze bardzo mnie kręciło. Przez to, że później wybrałam opcję wegetariańską, poszłam raczej w ślady taty, czyli w stronę cukiernictwa. To było dużo łatwiejsze niż kuchnia polska, która obfituje w mięso. Generalnie w domu zawsze się dużo gotowało. Uwielbiałam być i pomagać w kuchni.

Jedną z moich ulubionych zup była pomidorowa z makaronem w kształcie maleńkich gwiazdek

Są jakieś konkretne potrawy, które kojarzą ci się z dzieciństwem?

Smaków zapamiętanych z dzieciństwa mam całkiem sporo. Na pewno jest to smak chałki z masłem i z szynką – u mnie w domu bardzo często łączyło się słodkie ze słonym. Pamiętam też smak szynki serrano. W kuchni wisiał wielki udziec i każdy, kto miał ochotę, ucinał sobie z niego plasterek. Na kuchni stały kotlety mielone, które uwielbiałam. Zimne kotlety po powrocie z jakiegokolwiek wyjazdu to była najlepsza rzecz na świecie. Było dużo surówek. Większość na słodko, bo zawsze czuliśmy bardziej wschodnie smaki. Jeśli coś mogło być na słodko, to było. Ponadto często były zupy. Ubóstwiałam smak kalafiorowej i zacierkowej. O tej drugiej się już powoli zapomina, a jest naprawdę pyszna, to dobra zupa dla dziecka. Jedną z moich ulubionych zup była pomidorowa z makaronem w kształcie maleńkich gwiazdek. Kiedy zobaczyłam je po latach w sklepie, to się rozpłynęłam. Myślę, że na Dzień Dziecka będę chciała zrobić taką zupę, żeby przywołać wspomnienia. Wypytam też, jakie smaki z dzieciństwa pamięta Piotr, mój mąż. Myślę, że to dobry sposób na celebrację.

Ja jako dziecko miałam bardzo różnorodny jadłospis. Jadłam wszystko

Świat kulinarny, w którym żyjesz, wpływa na to, jak żywisz Nenę?

Dopiero zaczynamy mierzyć się z tym tematem, ale już jestem przerażona jakością jedzenia i tym, jak bardzo trzeba walczyć o produkty. Drugą sprawą jest to, że wychowywałam się w domu, w którym dzieciom dawało się jeść wszystko. Kiedy czytam teraz, czym polecało się 30 lat temu karmić dzieci, trochę mnie to śmieszy, bo nie ma nic wspólnego z dzisiejszymi dyrektywami. Ja jako dziecko miałam bardzo różnorodny jadłospis. Jadłam wszystko. Generalnie myślę, że ufam w tym aspekcie swojej intuicji. Mam wrażenie, że mama wie, co jest dobre dla jej dziecka. I dziecko też to czuje. Jeśli czegoś nie chce zjeść, należy to uszanować i iść dalej. Kiedy byliśmy w Hiszpanii i Nena zobaczyła krewetki, zaświeciły jej się oczy. Niestety, mogła je tylko polizać, bo jeszcze nie ma zębów, ale na wszystko przyjdzie czas.

Jakkolwiek zła jest ta pandemia, sprzyja wczesnemu macierzyństwu. Korzystamy z tego, jak możemy

Twoje życie się zmieniło, kiedy zostałaś mamą? Jak łączysz macierzyństwo z obowiązkami zawodowymi?

Nigdy nie stawiałam grubej kreski między czasem, od kiedy jestem matką, a tym, kiedy Neny nie było jeszcze na świecie. Nie jest to dla mnie w żaden sposób porzucenie wolności, kobiecości czy niezależności. Macierzyństwo mnie nie przeraża. Na pewnym etapie mojego życia naturalnie pojawiła się chęć bycia mamą. W żaden sposób nie oznaczało to dla mnie zmiany życia. Życie zmienia się tak czy inaczej, w różnych okolicznościach. Niektórzy macierzyństwo postrzegają jako pewnego rodzaju poświęcenie. Coś pięknego, ale w ponurej oprawie. Oboje bardzo tego chcieliśmy, być może dlatego przyszło to tak naturalnie. Mam to szczęście, że mogę pracować zdalnie, z małą pod pachą. Jakkolwiek zła jest ta pandemia, sprzyja wczesnemu macierzyństwu. Korzystamy z tego, jak możemy. Siedzimy z Neną w domu, chodzimy na spacery, a tymczasem obok dzieją się różne inne rzeczy.

Zawsze chciałam być mamą, ale wydaje mi się, że macierzyństwo przyszło do mnie w idealnym momencie

Jak myślisz, przyszło to tak naturalnie między innymi dlatego, że czujesz się zrealizowana zawodowo i uznałaś, że to dobry czas na macierzyństwo?

Na pewno jestem rozkręcona w tym, co robię. Jestem uzależniona od projektów, lubię robić dużo rzeczy naraz. Dzięki temu cały czas mam dużo energii i się angażuję. Absolutnie nie jestem stworzona do pracy „od do”. Dawno temu przyznałam się sama przed sobą, że tak po prostu jest. Zrozumiałam, że trzeba potraktować to jako zaletę, nie wadę, że trzeba się tym cieszyć. Cieszę się, że jestem rozpędzona zawodowo i że macierzyństwo przyszło w momencie, w którym mam większą wiarę w siebie niż jeszcze jakiś czas temu. Wiem, że jestem na dobrej drodze, realizuję rzeczy, które chcę robić. Co chwilę podejmuję nowe wyzwania, co jest bardzo fajne. Zawsze chciałam być mamą, ale wydaje mi się, że macierzyństwo przyszło do mnie w idealnym momencie.

Staram się być jeszcze bardziej odpowiedzialna niż byłam do tej pory

Wraz z przyjściem Neny na świat zmieniły się twoje priorytety?

Na pewno zmieniłam się w tym sensie, że staram się bardziej uważać i nie pozwalam sobie na lekkomyślność. Myślę o tym, co ona widzi, nie zasłaniam się tym, że jest bardzo mała i jeszcze niewiele rozumie. Cały czas mam w głowie, że na mnie patrzy. Staram się być jeszcze bardziej odpowiedzialna niż byłam do tej pory, i skupiam się na tym, żeby Nena zawsze była na pierwszym miejscu. Dostosowuję pracę do tego, żeby to jej było dobrze. Na pewno zachowuję się dużo bardziej świadomie.

Zawsze byłam empatyczna i miałam dużo szacunku do matek – i szacunek do tego, że ktoś się stara – a matki się starają

Zaczęłaś inaczej postrzegać matki odkąd sama jesteś mamą?

Przez to, że moja rodzina jest dość eklektyczna i mało tradycyjna, chciałam, żeby moja taka była. Zawsze byłam empatyczna i miałam dużo szacunku do matek – i szacunek do tego, że ktoś się stara – a matki się starają. To są komunały i bardzo tego nie lubię, ale w pewnym momencie zaczęłam łapać się na tym, że mam ochotę komuś powiedzieć: zrozumiesz, kiedy będziesz matką. To są straszne słowa, a jednak jest tak, że coś przeskakuje. Kierują nami instynkty i nie jest to do końca zależne od nas, nie jesteśmy w stanie nad tym zapanować. Dobrym przykładem jest to, że całe życie kochałam latać samolotem, a teraz się tego boję. Mam duszę na ramieniu, obawiam się, że coś się może stać. Mam wrażenie, że do końca życia będę się bała. I nieszczególnie mam ochotę z tym walczyć – nie muszę być zawsze nieulękła i nieustępliwa. To jest natura bycia matką.

Szczerze życzę wszystkim mamom luzu i braku ambicji nad wyraz, dzięki temu dużo lepiej będzie się żyło

A co najbardziej lubisz w byciu mamą?

Troskę. Zawsze uwielbiałam się opiekować, wszystkim i wszystkimi. Zdecydowanie mam model myślenia trzy kroki do przodu, chcę, żeby było miło. Długo przed urodzeniem Neny miałam coś z „mamowania”. 

Jak myślisz, co może pomóc mamom, które pragną się realizować jednocześnie w macierzyństwie i życiu zawodowym?

Ważne jest to, żeby nie próbować przeforsować swoich ambicji. I przede wszystkim nie przerzucać ich na swoje dziecko. Musimy pamiętać o tym, że dziecko jest osobną jednostką, która ma własny charakter. Może być podobne do rodziców, ale może też się bardzo różnić i należy to uszanować. Szczerze życzę wszystkim mamom luzu i braku ambicji nad wyraz, dzięki temu dużo lepiej będzie się żyło – i im, i ich dzieciom.

Zaplanowałaś coś na nadchodzący Dzień Matki?

Chciałabym część tego dnia spędzić z moją mamą. Fajnie by było, gdyby to było trzypokoleniowe spotkanie. Na mojej mamie gigantyczne wrażenie zrobiło to, że sama jestem matką. Uwielbia na to patrzeć, mimo że jesteśmy zupełnie innymi matkami. Skrajnie ją to wzrusza.

Chcemy wiedzieć co lubisz

Wiesz, że im więcej lajkujesz, tym fajniejsze treści ci serwujemy?

W zawsze głodnym KUKBUK-u mamy niepohamowany apetyt na życie. Codziennie mieszamy w redakcyjnych garnkach. Kroimy teksty, sklejamy apetyczne wątki. Zanurzamy się w kulturze i smakujemy codzienność. Przysiądźcie się do wspólnego stołu i poczujcie, że w kolektywie siła!

Koszyk

suma:
NaN zł
Przejdź do koszyka