Kukbuk
Kukbuk
Przepis na andaluzyjskie ciasteczka Alfajores z książki "Hiszpania do zjedzenia" Bartka Kieżuna (fot. Bartek Kieżun)

Alfajores – andaluzyjskie ciasteczka korzenne

Pachnące korzennymi przyprawami alfajores znalazłem w małym andaluzyjskim miasteczku. Zamówiłem je rano do kawy – i od razu pokochałem, bo smakowały jak pierniczki. Jednak zanim doszło do tego spotkania, przeżyłem nocny koszmar!

Specjalista w zakresie kuchni śródziemnomorskich, dziennikarz kulinarny, podróżnik, fotograf. Publikuje w magazynie Czas Wina, Kukbuk, Podróże i w Twoim Stylu. Współpracuje z portalem Wirtualna Polska.  Pisze, gotuje i karmi, prowadzi warsztaty kulinarne oraz organizuje wyjątkowe kolacje degustacyjne. Jego pierwsza książka „Italia do zjedzenia” została nagrodzona Nagrodą Magellana 2018 oraz nominowana do Gourmand World Cookbook Awards. Aktualnie kończy prace nad drugą książką tym razem poświęconą Portugalii i jej kuchni.

Tekst: Bartek Kieżun

Zdjęcia: Bartek Kieżun

Opublikowano: 21 Grudnia 2021
Ten artykuł przeczytasz w mniej niż 11 minut!

Do nocy pełnej wrażeń zaraz wrócę, najpierw bowiem wyjaśnię, dlaczego właśnie teraz dzielę się przepisem na te genialne ciasteczka. Przyszło mi do głowy, że idealnie sprawdzą się w Boże Narodzenie, a że wszystkie trzy wielkie religie monoteistyczne wywodzą się z tego samego trzonu, to chyba nikt nie powinien czuć dyskomfortu! Dodatkową zaletą jest to, że ich przygotowanie zajmuje dosłownie chwilę, więc jeśli się zagapiliście i nie macie pierników, to alfajores będą idealnym rozwiązaniem!

A moja droga do nich była wyboista. Zaczęła się od poszukiwania mieszkania w Andaluzji. Miało być blisko wszystkich atrakcji i za rozsądną cenę. W końcu znalazłem. Mieszkanie było piękne! W wielkim salonie z niskimi kanapami i orientalnym lampionem było bardzo nastrojowo, a taras z widokiem na okolicę zapowiadał piękne wieczory.

Do mojej świadomości wdarły się wrzaski, kompletnie nieludzkie. Dźwięk świdrował w głowie gorzej niż spalinowa kosiarka do trawy

Najgorsze nadeszło o poranku… Nie, nie był to kac! Owszem, posiedzieliśmy poprzedniego wieczora dość długo na balkonie przy winie, ale o świcie nie obudziły mnie ani pragnienie, ani ból głowy. Do mojej świadomości wdarły się wrzaski, kompletnie nieludzkie. Dźwięk świdrował w głowie gorzej niż spalinowa kosiarka do trawy. Wznosił się i opadał, wzmagał i zanikał, a każda chwila ciszy niosła nadzieję, że to już koniec. I wtedy wszystko zaczynało się od nowa…

O spaniu nie było mowy. Zwlokłem się z łóżka, zamknąłem okno, co pomogło niewiele albo wcale, i wtedy dotarło do mnie, że to… drób. Jakaś niewątpliwie pozaziemskiego pochodzenia kura postanowiła osiąść w Arcos de la Frontera, rozmnożyła się i teraz całe kurze stado z piekła rodem darło się tak, że obudziło cały dom. Ledwie świtało, więc z mojego punktu widzenia był środek nocy, dla nich najwyraźniej już nie. Przez kolejne godziny nic się nie zmieniało. Zgrzytając zębami, czytałem historię miasta, w którym postanowiliśmy się zatrzymać, by jakoś przeczekać do pory śniadania. I wtedy dotarło do mnie, że mamy tu spędzić cztery noce. Jeśli tak będzie co rano, to książek mi nie wystarczy…

Arcos de la Frontera, najsłynniejsze "białe miasteczko" Andaluzji (fot. Przemek Krupski)

Już dawno temu zauważono, że wysoka skała, na jakiej dziś bieli się miasteczko Arcos de la Frontera, potrafi zapewnić mieszkańcom bezpieczeństwo. Pierwsze ślady osadnictwa pochodzą jeszcze z czasów prehistorycznych – przeczytałem i błogosławiąc długą historię tego miejsca, miałem nadzieję doczekać świtu. Rzymianie również docenili to miejsce, umocnili zabudowania na szczycie, a miejsce nazwali Arx Arcis, czyli Wysoka Twierdza. Arabowie po podboju południowej Hiszpanii również zauważyli strategiczne położenie miasta. Nazwali je Arkos i uczynili kwitnącym ośrodkiem. Jedenastowieczna taifa, małe islamskie księstwo, które powstało w wyniku zmian wywołanych upadkiem kalifatu Umajjadów w Kordobie dało miastu siatkę ulic w sporym stopniu zachowaną po dziś dzień. Upadek kalifatu brzmiał na tyle poważnie, że można było przypuszczać, że lekturę do rana mam zapewnioną, nawet gdyby historia samego Arcos się skończyła.

Potem na scenę wkroczyli chrześcijanie pod wodzą Alfonsa X, króla Kastylii, Leónu i Galicii. Odbili miasto, które od tej pory leżało na granicy (stąd de la Frontera), dwóch światów, islamu i chrześcijaństwa. Arcos nie jest oczywiście wyjątkiem. Miast i miasteczek z dodatkiem „de la Frontera” w nazwie jest w Hiszpanii mnóstwo.

Bogaci zrobili się jeszcze bogatsi, więc nie mieli powodów, by cokolwiek zmieniać

Do XVIII wieku miastem rządzili książęta Arcos, zapewniając mu rozwój. Na głównym placu odbywał się targ, handlowano kukurydzą, działała rzeźnia, zakon i szpital, dopieszczono kilka kościołów. Potrzeby ciała i ducha zostały zaspokojone.

Przez kolejne stulecia było już tylko gorzej. Konfiskaty majątków kościelnych i ich przejęcie przez właścicieli ziemskich przyczyniło się do opóźnienia reform i rozwoju gospodarczego, bo bogaci zrobili się jeszcze bogatsi, więc nie mieli powodów, by cokolwiek zmieniać. Jeśli dodamy do tego grabieżcze działania armii francuskiej i epidemię przenoszonej przez komary żółtej febry, łatwo sobie wyobrazić, że życie w Arcos de la Frontera nie należało do najłatwiejszych.

Andaluzja, wyprawa Bartka Kieżuna po Hiszpanii (fot. Przemek Krupski)

Przygnębiająca lektura nieco mnie wciągnęła, więc nawet nie zauważyłem, że zrobiło się jasno i że kury postanowiły się zamknąć. Ubrałem się i poszedłem robić zdjęcia, bo o spaniu nie było mowy, a leżenie w łóżku po dwóch godzinach słuchania kur kojarzyło mi się już tylko źle.

Dziś oczywiście Arcos de la Frontera wygląda nieco inaczej. W połowie XX wieku życie zrobiło się łatwiejsze, a czynnikiem napędzającym rozwój miasta stała się turystyka. Dziś jest wizytówką regionu, najsłynniejszym białym miastem – pueblo blanco – i taką trochę pułapką na turystów. Koncerty flamenco w nieco sztucznej atmosferze sprawiły, że mieszkańcy przenieśli się ze swoim życiem i barami z tanim piwem do nowszej części miasta, tę zabytkową pozostawiwszy na pożarcie przybyszom i gdaczącym kurom.

PRZEPIS

Przepis na andaluzyjskie ciasteczka Alfajores z książki "Hiszpania do zjedzenia" Bartka Kieżuna (fot. Bartek Kieżun)

Alfajores

25 sztuk

Składniki:

  • 100 g migdałów
  • 2 gorzkie migdały
  • 280 g mąki tortowej
  • 130 g masła
  • 60 g suszonych fig
  • 100 g daktyli
  • 50 g rodzynek
  • 70 ml miodu akacjowego
  • 30 ml syropu z daktyli
  • 30 ml hiszpańskiego czerwonego wermutu
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • ½ łyżeczki mielonego kardamonu
  • 6 goździków rozkruszonych w moździerzu

Dodatkowo:

  • cukier puder do posypania

Przygotowanie:

Migdały mielemy w blenderze na mąkę (uważamy, by efektem była mąka, a nie masło, bo blendery czasem się nagrzewają, doradzam więc mielenie partiami). W dużej misce mąkę tortową łączymy z migdałową. Rozgarniamy mąkę na boki. W środek wrzucamy posiekane w kostkę masło. Figi, daktyle i rodzynki kroimy drobno ostrym nożem i dodajemy do miski z mąką, potem wlewamy miód, syrop i wermut. Na koniec dodajemy przyprawy i zagniatamy ciasto. Odstawiamy je, by odpoczęło, do lodówki.

Po półgodzinie dzielimy ciasto na 4 części. Formujemy z nich wałeczki grubości palca i takiej długości. Pieczemy 18 minut w 180 stopniach. Gorące posypujemy cukrem pudrem. Najlepsze są pierwszego dnia.

Okładka książki "Hiszpania do zjedzenia" autorstwa Bartka Kieżuna (wyd. Buchmann)

Przepis pochodzi z książki "Hiszpania do zjedzenia"autorstwa Bartka Kieżuna (wyd. Buchmann)

Przeczytaj również:

Chcemy wiedzieć co lubisz

Wiesz, że im więcej lajkujesz, tym fajniejsze treści ci serwujemy?

W zawsze głodnym KUKBUK-u mamy niepohamowany apetyt na życie. Codziennie mieszamy w redakcyjnych garnkach. Kroimy teksty, sklejamy apetyczne wątki. Zanurzamy się w kulturze i smakujemy codzienność. Przysiądźcie się do wspólnego stołu i poczujcie, że w kolektywie siła!

Plansza informacyjna PFR

Koszyk