Kukbuk
Kukbuk
agroturystka nad Bugiem pod Warszawą (fot. Zuza Rożek)

Szlak zwycięzców

Dodaj do 'Przeczytaj później'

Przemierzamy Polskę i odwiedzamy najlepszych rzemieślników, wytwórców i producentów – laureatów konkursu KUKBUK Poleca.

Tekst: redakcja

Zdjęcia: Zuza Rożek

Opublikowano: 7 Listopada 2019
Ten artykuł przeczytasz w mniej niż 23 minut!

Podczas konkursowych obrad poznajemy jedynie ich produkty. Kto za nimi stoi, dowiadujemy się jedynie z krótkiego kwestionariusza, zawsze wyczuwając zmagania tych, którzy go wypełniali – ich karkołomne próby opisania własnych historii w kilku zdaniach. Na finałowej gali ze zwycięzcami udaje nam się zwykle zamienić parę słów. To zdecydowanie za mało, by się poznać, ale wystarczająco dużo, by nabrać ochoty na więcej. Marzyło nam się, by odwiedzić choć niektórych, zobaczyć, gdzie pracują i z czym borykają się na co dzień. Sprawdzić, jak powstają rzeczy, które zachwyciły nas smakiem, formą oraz pomysłowością.

W odwiedzinach u laureatów KUKBUK Poleca cz. 1

Wnętrze samochodu - honda crv (fot. Zuza Rożek)

Dzięki Hondzie, partnerowi kategorii „za miastem”, mogliśmy ostatnie dni lata spędzić w podróży do laureatów konkursu KUKBUK Poleca. W trasie do docenionych w tym roku ośrodków agroturystycznych zajrzeliśmy również do tych laureatów innych kategorii, do których było nam po drodze. Miło jest widzieć, jak mapa Polski zapełnia się kolejnymi punktami, w których na półce stoi nasza nagroda – KUKBUK-owe Złote Jajo.

Miodosytnia

Pierwszym przystankiem w naszej podróży jest Augustów, gdzie spotykamy się z Pawłem Kotwicą z Miodosytni – tegorocznym laureatem w kategorii „w płynie z procentami”. Drugi ze współzałożycieli miodosytniczego biznesu, Piotr Piłasiewicz, jest właśnie w drodze na Litwę, gdzie kupuje miód na kolejne nastawy od pszczelarza polskiego pochodzenia.

Do produkcji używamy palonej kawy, czyli słodu niejęczmiennego, słodu żytniego i prażonego korzenia cykorii

Tradycyjny podpiwek i historyczny Zbicień

Ich przygoda z produkcją miodów pitnych zaczęła się od bezalkoholowego podpiwka. Dzięki niemu już na starcie Miodosytni mogli mieć firmowany przez nich napój, a jednocześnie wyposażać zakład i opracowywać procedury kolejnych produktów.

– Kiedyś na wsi każdy w kance robił taki podpiwek – opowiada Paweł. – My do produkcji używamy palonej kawy, czyli słodu niejęczmiennego, słodu żytniego i prażonego korzenia cykorii. Do tego dajemy chmiel, po czym wszystko słodzimy miodem. Podpiwek musi przejść proces fermentacji, by namnożyły się w nim drożdże. Naturalne nagazowanie uzyskujemy poprzez refermentację pozostałego miodu, dzięki temu uzyskujemy w pełni naturalny i zdrowy napój.  

Pędy szyszki  (fot. zuza rozek)

Produkcja podpiwka pozwoliła im sfinansować produkcję zbicienia, napoju, którego polską nazwę wymyślili, sugerując się jego wschodnim określeniem. – Wszędzie tam, gdzie Piotrek jeździł na poszukiwanie barci czy rozmowy z bartnikami, przewijał się temat zbicienia, czyli napoju na bazie miodumówi Paweł. – Na Białorusi mówią na niego zbitiel, zbitel. Jest znany także na Ukrainie. Miał też swój polski epizod, ale nie stał się tak popularny, jak na Wschodzie. Śmiejemy się, że to dość zdradliwy napój, bo ma 8% alkoholu, a pije się go trochę jak oranżadę. Dlatego radzę, sprawdzajcie etykiety! Zwłaszcza że już po pierwszym łyku trudno nie zastanawiać się, kto wymyślił taką małą butelkę! – żartuje.

zbicień z polskiej miodosytni (fot. Zuza Rożek)

Miodowe rzemiosło

 – Robimy wszystko ręcznie, nagazowanie odbywa się przez refermentację. Nie nasycamy zbicieni dwutlenkiem węgla, tylko czekamy, aż same odpowiednio się nagazują, i wtedy przerywamy proces pasteryzacją – tłumaczy Paweł. – Obecnie wszystkie miody sycimy, czyli gotujemy w wysokich temperaturach, dzięki temu mamy pewność, że podczas fermentacji nie dojdzie do zakażenia. Niektórzy robią miody niesycone, czyli dziki nastaw, rozrobiony miód z wodą. My nie, bo finalnie chcemy mieć miód piwny, a nie ocet.

Wysycone nastawy przelewane są do 1000-litrowych tanków. Tam ich temperatura spada do 30 stopni. Dodawane są drożdże i wszystko wchodzi w tak zwaną fazę fermentacji burzliwej – drożdże zaczynają pracować. Po kilku tygodniach zlewa się gęstwę drożdżową, a potem przez miesiąc, dwa następuje fermentacja spokojna. Kiedy się skończy, miód jest zlewany do zbiorników leżakowych, w których już nie pracuje, tylko dojrzewa – od dziewięciu miesięcy wzwyż. Obecnie w piwnicy jest też taki, który leżakuje ponad półtora roku.

Na jeden nastaw potrzeba nam półtorej tony miodu

Nie wiedząc, czy pomysł produkcji miodów pitnych wypali, zaczęliśmy najpierw zajmować i adaptować powierzchnię, która należy do naszej rodzinnej firmy – zaczyna oprowadzanie Paweł. – Wystartowaliśmy z dwoma zbiornikami, z czego jeden był nasz, a drugi technologa, który nas wspomógł. Zrobiliśmy odbiór celny, odbiór sanepidu, straży pożarnej, Ministerstwa Rolnictwa – wszystko przeszliśmy z dwoma zbiornikami, chyba jako najmniejszy zakład na świecie – śmieje się Paweł.

Z Piotrkiem pięć la temu założyliśmy fundację Bractwo Bartne, dzięki niej poznaliśmy ludzi, którzy zajmują się miodem – pszczelarzy i pasjonatów pszczelarstwa. Organizujemy coraz więcej warsztatów bartnych, na których z uczestnikami przez kilka dni dziejemy kłody, a potem je zawieszamy w Puszczy Augustowskiej. Dzięki takim spotkaniom poznaliśmy ludzi, którzy dostarczają miód, i tych, którzy się na nim znają. Między innymi Sławka, naukowca, doktoranta w dziedzinie produkcji miodów pitnych, który bada miód i sprawdza, czy spełnia wszystkie normy.

Bartnicze znajomości dały im pewność, że surowiec, który dostaną, będzie najwyższej jakości. – Słyszeliśmy wiele historii o tym, jak fałszuje się miód – mówi Paweł. – My do naszej produkcji bierzemy miód tylko od zaufanych pszczelarzy. Na jeden nastaw potrzeba nam półtorej tony miodu – nie wszyscy pszczelarze dysponują taką ilością.

Miodosytnia z Augustowa (fot. Zuza Rozek)

Dwójniak, trójniak i półtorak

Rodzaje miodów to półtorak, dwójniak, trójniak, czwórniak. Polskie prawo reguluje je bardzo ostro, bo mamy największe tradycje miodosytnicze na świecie. Czwórniak jest najlżejszym z wariantów – składają się na niego jedna część miodu i trzy części samej wody lub wody z dodatkiem smakowym, na przykład z sokiem owocowym. W trójniaku jedna trzecia objętości to miód, więc jest gęstszy i słodszy. Dwójniak to proporcja jeden do jednego. Z kolei półtorak to jedna część miodu z połową wody. – Każdy pyta o dwójniaka czy półtoraka, ale te miody są gęste, ciężkie i lepkie, czyli dokładnie takie, jak się stereotypowo myśli o miodach pitnych. My myślimy o nich inaczej – mówi Paweł.

Próbujemy Pieprznej Wiśni – czwórniaka, w którym do roztworu miodu dodaje się kwaśny cierpki sok wiśniowy, czarny pieprz w ziarnach i imbir na fermentację. Jest wytrawny, lekko koniakowy, ale delikatny, nieoleisty.

Czwórniak - jedna część miodu i trzy części samej wody lub wody z dodatkiem smakowym, na przykład z sokiem owocowym. Trójniak - jedna trzecia objętości to miód. Dwójniak - jeden do jednego. Półtorak - jedna część miodu z połową wody

Z kolei trójniaka na miodzie gryczanym pijemy prosto z kadzi. Leżakuje od maja, więc wciąż jest świeży, choć ma już troszeczkę mocy. Pachnie gryką i jest bardziej oleisty niż Wiśnia. – Robimy miody po to, by były pijalne. Przygotowujemy tyle wariantów, bo chcemy pokazać, że tego typu trunki mogą mieć zupełnie różne smaki – mówi Paweł pytany o to, skąd w ich portfolio tyle miodowych propozycji. – Wszyscy kojarzą miody pitne z napojami słodkimi i gęstymi. Nam zależy na tym, by czerpać z ich picia przede wszystkim przyjemność, stąd produkujemy także ich lżejsze wersje.

Kawa i miód – duet doskonały

Naszym faworytem staje się jednak miód kawowy. – Współpracujemy z lokalem z Białegostoku, w którym serwują miody pitne od różnych producentów. Właściciele mają również sieć kawiarni Baristacja i w związku z tym poprosili nas, byśmy wymyślili coś, co połączy miód pitny z kawą – opowiada Paweł. – Na początek zrobiliśmy jedynie 40 litrów, potem już 200. Teraz wiemy, że potrzebujemy nastawiać cały zbiornik, bo miód kawowy świetnie nam wychodzi, a nikt nie robi niczego podobnego.

Sad na Podlasiu - Zaścianki (fot. Zuza Rozek)

Teren Sadu Zaścianki

sad zaścianki (fot. Zuza Rozek)

Sad Zaścianki

Z Augustowa ruszamy do Sadu Zaścianki. Kiedy dojeżdżamy, wychodzi słońce. Marta Puchalska-Tupaj, jej mąż Łukasz i pan Stanisław, ojciec Marty, już na nas czekają. Zanim siądziemy do zastawionego na werandzie stołu (#zawszegłodni!) czeka nas pokaz wytłaczania soku. I tu, podobnie jak w Miodosytni, zadziwia nas mikroskala przedsięwzięcia. Cały proces odbywa się na maleńkiej powierzchni, a jego podstawą są właściwie dwie maszyny – do wyciskania soku i do jego pasteryzacji.

– Sok jabłkowy tłoczy się bardzo podobnie jak wino, przynajmniej jeśli chodzi o metodę tradycyjną – tłumaczy Łukasz. W małym pomieszczeniu przylegającym do domu tłoczony i pasteryzowany jest każdy sok. Łukasz i Stanisław działają w ścisłej symbiozie, wrzucając kolejne jabłka do maszyny. Sok ścieka z niej, zanim jeszcze zacznie się proces wytłaczania. Jest pyszny, słodki i bardzo aromatyczny. Kapie do zbiornika niczym deszcz, od razu widać, jak bardzo świeże i soczyste są zebrane jabłka. Po wyciśnięciu sok jest pasteryzowany, butelkowany, a następnie ręcznie kapslowany.

Jak zrobić oxymel (fot. Zuza Rożek)

Ocet, oxymel i inne eksperymenty

Pracują tylko we trójkę. Marta i Łukasz w weekendy, bo na co dzień mieszkają w Warszawie. Przyznają, że wolą robić mniej soku, bo dzięki temu mają pewność co do smaku oraz pełną kontrolę nad jego jakością. Co więcej, w ten sposób wszystkiego mogą spokojnie doglądać sami.

Z części soku nastawiają także ocet, który leżakuje w zbiorniku przez kilka miesięcy.

Tu mamy nastawiony ocet malinowy, najbardziej uwielbiany przez muszki owocówki – śmieje się Marta. – Ocet sprzedajemy w wersji pasteryzowanej oraz niepasteryzowanej – mówi. – Zaczęliśmy od tej pierwszej, bo takie octy najczęściej są dostępne w sklepach i klienci się do nich przyzwyczaili. My podczas zagranicznych podróży zobaczyliśmy, że na Zachodzie pije się żywy ocet, z matką octową, więc wprowadziliśmy też taką wersję.

Oxymel i shrub (fot. Zuza Rozek)

Obok octów stoi też oxymel, znany od starożytności naturalny antybiotyk. Jego zapach jest specyficzny, ale właściwości rekompensują ten mankament. Maceruje się go w żywym occie, przez co nabiera mocy. Dzięki temu jesienią i zimą z powodzeniem może wspierać naszą odporność. Na kolejnych półkach piętrzą się też kolorowe słoje, w których nastawione są shruby, czyli macerowane w occie owoce z niewielkim dodatkiem cukru. Na wierzchu każdego słoja pływa matka octowa – na niektórych owocach powstaje szybciej, na innych wolniej. – Jest to całkowicie normalny proces towarzyszący powstawaniu octu czy produktów octopochodnych. Co więcej, czasem matki barwią się na kolor danych owoców – tłumaczy Marta i wlewa nam do spróbowania shrub truskawkowy. – Jego smak jest słodko-kwaśno-wytrawny. Można go pić rozcieńczonego wodą, dodać do koktajli czy przygotować z niego dressing – zachęca.

Oxymel, czyli naturalny antybiotyk. To mikstura wykonana na bazie żywego octu jabłkowego, posłodzonego miodem. By nabrał mocy maceruje się go z roślin podnoszących odporność i ogrzewających organizm takimi jak cebula, imbir czy cytryna

Rzemieślnicze soki jabłkowe - sad (fot. Zuza Rożek)

Po shrubie, od którego oddzielamy syrop, zostają nam macerowane owoce z cukrem, nasiąknięte octem. Teraz robimy z nich musztardę

Nic się nie marnuje

Na KUKBUK-owej gali shrub Marty zrobił furorę. Jest nietypowy – czuć w nim ocet, ale też słodycz owoców. Marta przyznaje, że lubi eksperymentować ze smakami, a udane kombinacje zachęcają ją do dalszych prób. Teraz truskawkowy shrub maceruje z bazylią, obok stoją 40-litrowe słoje wiśni i porzeczek. To jednak nie koniec nowości.

Nie lubię, jak coś się marnuje – zaznacza Marta. Dlatego dba, by wszystkie produkty były wykorzystane do ostatniej kropli. Obserwując proces produkcji i mając nad nim kontrolę od początku do końca, idealnie wychwytuje jego mankamenty, a efekty uboczne przekształca w nowe, pełnoprawne produkty.

Po shrubie, od którego oddzielamy syrop, zostają nam macerowane owoce z cukrem, nasiąknięte octem. Szkoda je wyrzucać, pomyślałam więc, że warto je przetworzyć. Teraz robimy z nich musztardę – obecnie truskawkowa, bo tych owoców było najwięcej. Natomiast z macerowanych śliwek robimy gąszcz z dodatkiem czerwonej cebuli i octu.

Polskie rzemieślnicze soki jabłkowe - kukbuk poleca (fot. Zuza Rozek)

Jak tłumaczy Marta, gąszcz to pierwowzór chutneya, który wywodzi się z Indii. Niemniej ten produkt był znany w Europie i Polsce już w XVI wieku, właśnie pod nazwą gąszcz. – Bardzo mi się to słowo spodobało, więc tak już zostało. Ten, którego próbujecie, ma dodatek przypraw korzennych. Dawniej, w czasach bez lodówek i innych metod przechowywania, z ograniczoną wiedzą na temat przyrządzania dań, ryby i mięso szybko się psuły, stąd intensywne dodatki w rodzaju gąszczu.

Wędrujemy dalej przez sad, w którym rośnie dziewięć odmian jabłek: rubin, honeycrisp, jonagored, fuji beni shogun, gloster, cortland, ligol, lobo i pinova. Biodynamiczna uprawa jest jedynie delikatnie wspomagana przez rodzinnych sadowników. Wierzą, że matka natura najlepiej radzi sobie sama. Spacerując, pytamy pana Stanisława o historię sadu. – Mój tata, dziadek Marty, był przedwojennym sadownikiem i ogrodnikiem. Miał 100 drzew w swoim sadzie w Zaściankach. Dla mnie nie było innej możliwości, też musiałem założyć własny sad. Mam to po prostu w genach – śmieje się pan Stanisław, a my obstawiamy, czy kolejne pokolenie, które lada chwila pojawi się na świecie, również odziedziczy miłość do jabłek w DNA.

Tymczasem ruszamy dalej, z koszem pełnym soków, jabłek oraz z matką octową, którą Marta daje nam pod redakcyjną opiekę, zachęcając do własnych eksperymentów.

Ogród botaniczny - Dary natury (fot. Zuza Rozek)

Ziołowy Zakątek

Dary Natury 

Do Korycin na spotkanie z Mirosławem Angielczykiem z Darów Natury docieramy już po zmroku. Nie przeszkadza nam to jednak w docenieniu Ziołowego Zakątka, miejsca związanego z edukacją przyrodniczą i turystyką wiejską, stworzonego przez pana Mirosława. – Zależało mi, by było tu czuć wiejski klimat. Pierwszą działkę kupiłem od sąsiadów równo 12 lat temu i przeniosłem na nią budynek z okolic. Wszystkie domy, które widzicie dookoła, a jest ich razem 36, mają jakąś historię, niektóre z nich liczą 200 lat. To była na przykład plebania – opowiada pan Mirosław. – A tu stoi budynek dawnego szlachcica. Historia głosi, że na poddaszu powiesiła się dziewczyna, której nie pozwolono wyjść za mąż za ukochanego.

Część skansenu - dary natury (fot. Zuza Rozek)
Polskie zioła (fot. Zuza Rożek)

Pan Mirosław, choć bardzo skromny, ma na swoim koncie ponad 30 lat pracy w branży. W tym czasie stworzył prawdziwe ziołowe imperium. Zioła zbierał już jako dziecko, a wiedzę o ich właściwościach przekazała mu babcia. Firma, która początkowo mieściła się w starym pokoju w jego rodzinnym domu, znacznie się rozrosła – obejmuje również produkcję przetworów, miodów czy olejów. Warszawiacy mogą znać ich dobroczynne działanie z Pijalni Ziół przy placu Zbawiciela, a miłośnicy botaniki na pewno słyszeli o dumie pana Mirosława, 15-hektarowym ogrodzie botanicznym z kolekcją 1500 roślin, stworzonym na terenie Ziołowego Zakątka.

Po spacerze pan Mirosław zaprasza nas do karczmy, w której próbujemy lokalnych produktów i piwa z dodatkiem ziół, z browaru, którego jest współwłaścicielem. – Tu obok siedzą rolnicy, którzy pod wpływem naszej działalności założyli gospodarstwa ekologiczne. Zaczynają uprawiać różne zioła. My szczególnie propagujemy uprawę róży – na owoce, na kwiaty – przedstawia nam swoich współtowarzyszy. – Żeby zioła były ładne, uprawy powinny znajdować się blisko, bo inaczej surowce niszczą się w transporcie – dodaje.

Dary natury (fot. Zuza Rozek)

Tradycje zielarskie

Zbieranie ziół na zarobek rozwinęło się w tych rejonach dawno temu – mówi się, że region słynął z tego już od końca pierwszej wojny światowej. Okoliczne wioski były biedne, gospodarstwa małe, a gleby słabe. Jednocześnie w aptekach dominowały leki ziołowe, więc zapotrzebowanie na surowiec było spore. Mieszkańcy sami korzystali z ziół, bo do większych ośrodków, gdzie pracowali lekarze, było daleko. Wiedzę o tym, co zbierać i jak leczyć podstawowe dolegliwości u ludzi czy zwierząt, przekazywano tu z konieczności z pokolenia na pokolenie. – Dawniej prócz starszych osób zioła zbierały też dzieci oraz młodzież. W tej chwili nie ma takiej potrzeby ekonomicznej. Kiedy w tym roku kończył się sezon, zdałem sobie sprawę, że coraz trudniej jest o pracowników. Nasz system pracy był sezonowy, w listopadzie zazwyczaj nie ma już zajęcia dla osób pielęgnujących ogród, dlatego jestem zmuszony podziękować pracownikom, a w marcu szukać ich od nowa. Długo myślałem nad tym, jaką pracę mógłbym zapewnić im w sezonie jesienno-zimowym.

Produkcja herbat ziołowych - dary natury (fot. Zuza Rozek)
Zioła suszone na patyku (fot. Zuza Rożek)

Renesans rzemiosła

Ta potrzeba, by znaleźć zajęcie po zakończonym sezonie, połączyła się z chęcią stworzenia produktu, który byłby w 100% ekologiczny i spełniał wymagania tej grupy klientów, którzy nie przepadają za herbatami pakowanymi. – Robiłem różne próby, jak coś takiego stworzyć. Próbowałem wiązać sznurkiem, trawą, sitem, włóknami z łodyg. Wszystko było dość pracochłonne – opowiada pan Mirosław. – Wciąż szukałem formy, dobierałem kształty. W końcu dodałem pierścień, bo sama trzcina nie utrzymywała konstrukcji. Próbowałem formować herbatę w kieliszku, filiżankach, by nadać ziołom odpowiedni kształt, teraz robimy to w drewnianych formach. Kiedyś, jako dziecko, robiłem podobne doświadczenia – to zaprocentowało, wróciło do mnie.

Tak właśnie powstała nagrodzona w konkursie KUKBUK Poleca herbata na patyku, produkt, który od razu rzucił się w oczy jurorom tegorocznej edycji. – Państwo nam pokazali, że ktoś takie starania zauważa. Herbata na patyku to jest właściwie rękodzieło, do jej stworzenia potrzeba dużej zręczności manualnej, a więc i czasu. Nagroda zachęciła nas do dalszych eksperymentów. W tej chwili mamy kilka hektarów specjalnych ziół: mięty, melisy, pysznogłówki, kocimiętki, rumianku, nagietka – są rwane specjalnie tylko pod ten rodzaj herbaty, na odpowiedniej długości. Produkt, który miał być dodatkowy, po to, by dać pracę kilku osobom, jest w tej chwili naszym najlepiej sprzedającym się towarem – mówi pan Mirosław.

To, co nas teraz wyróżnia, to cofnięcie się do produkcji manualnej, wręcz rękodzielniczej

Historia z herbatą na patyku pokazała panu Mirosławowi, że praca ludzkich rąk jest szczególnie doceniana. – Postęp postępem, ale to, co nas teraz wyróżnia, to cofnięcie się do produkcji manualnej, wręcz rękodzielniczejprzyznaje pan Mirosław. Dlatego postanowił rozwinąć pomysł i założyć plantacje już tylko pod ten produkt. Zatrudnił też specjalnych zbieraczy, którzy gromadzą tylko konkretne części ziół. – Jesteśmy dobrze przygotowani na kolejny sezon, zebraliśmy wiele nowych ziół, będą więc nowe herbaty, również owocowe – dodaje.

Miejsca na wypad pod Warszawę jesienią - Dom nad Wierzbami (fot. Zuza Rożek)

Dom nad Wierzbami

Dom nad Wierzbami

Do Domu nad Wierzbami, na skraju Puszczy Białej, 50 kilometrów od Warszawy, docieramy po północy. Pani Basia Polak, właścicielka nagrodzonego w tym roku pensjonatu agroturystycznego, czeka na nas i wybacza nam spóźnienie (polskie drogi!). Zanim jednak zdążymy się z nią przywitać, przy samochodzie zgromadzi się cały komitet powitalny – Józio, Ryś i Synek. W sumie mieszkają tu cztery koty i pies. Józiowi, najstarszemu kotu, zdarza się wskakiwać do samochodów gości, z którymi próbuje zwiedzić świat. Zmęczeni podróżą szybko zasypiamy. Mocny sen przerywają Ryś i Józio, przywołując nas na śniadanie. Poranek jest chłodny, więc wyjątkowo zjemy je wewnątrz – zwykle latem jada się tu na tarasie, który jest przedłużeniem domu.

Miejsca na wypad pod Warszawę jesienią - Dom nad Wierzbami (fot. Zuza Rożek)
Domowe śniadanie w podwarszawskiej agroturystyce (fot. Zuza Rozek)

Kuchnia pani Basi to legenda, ale to, co zastajemy rano, przyprawia nas o zawrót głowy. Sałaty, warzywa, pasty, naturalne wędliny, konfitury, sery, chleby, jajka – wyłącznie lokalne produkty. Do tego pięknie nakryty stół. To wszystko sprawia, że czujemy się, jakby były święta. Pojawia się też kolejna kotka, Fiona. – To nasza Violetta Villas, wiecznie jęczy – śmieje się Tunde, która pomaga pani Basi w prowadzeniu Domu nad Wierzbami.

Wszystko, co dajemy gościom, pochodzi z okolic – mówi pani Basia. – Mamy obok gospodarstwo, w którym kupujemy mleko i twarogi. Po krowie sery typu korycińskiego, które są podstawą naszego stołu śniadaniowego, jeździmy pod Pułtusk. Prócz warzyw czy jajek lokalne są też ryby, złowione w Bugu. Z tych małych robimy mielone kotlety. Jeśli jest więcej ryb, to obsmażamy je i zalewamy octem jabłkowym. Nie marnujemy jedzenia, to, co się uda zamknąć, ususzyć, zostawiamy na zimę. W ubiegłym roku zrobiliśmy wina z głogu, nastawiamy nalewki nie może być tak, że jedzenie jest niepopite – dodaje. W słojach stoi też wino z mniszka lekarskiego, tokaj i cydr – Poczęstuję was, bo co z tego, że opowiem, trzeba go spróbować.

Sauna w Domu nad Wierzbami (fot. Zuza Rozek)

Rozlewisko Bugu

Po śniadaniu idziemy wreszcie na spacer – i nie możemy uwierzyć, że Józio próbuje się stąd wydostać. Krajobraz i cisza, które nas otaczają, są hipnotyzujące. Pytamy o przewrotną nazwę pensjonatu agroturystycznego. – Wystarczy pójść nad rozlewisko, by zobaczyć, że dom jest położony wyżej niż wierzby. Kiedy miałam naście lat, przeczytałam „Dom nad łąkami” Nałkowskiej, opowieść o jej domu rodzinnym i zamarzyłam o tym, by mieć podobny. Już jako dorosła osoba dowiedziałam się, że ten książkowy dom stoi po drugiej stronie Bugu, w Wołominie – opowiada pani Basia. Swój wymarzony, wybudowany w 1911 roku dom znalazła na Podlasiu. Kiedy udało jej się znaleźć także idealną lokalizację, przeniosła budynek – i spełniła marzenie z dzieciństwa.

Wszystkie drzewa, które rosną na posesji, pani Basia sadziła osobiście z myślą o tym, by stworzyć kawałek lasu dla siebie. Czeremcha rozrosła się tak mocno, że przed budową nowego domu, trzeba było ją przyciąć. Z tego samego powodu miejsce musiał zmienić dąb Olaf. Szary Dom, bo taką nazwę nosi nowy budynek, został zbudowany i zaprojektowany przez syna pani Basi. Ma skandynawski urok w przeciwieństwie do eklektycznego Domu nad Wierzbami.

agroturystka nad Bugiem pod Warszawą (fot. Zuza Rożek)

Sauna z widokiem na rzekę

Z tarasu widać saunę i wannę do ziołowych kąpieli – najnowsze atrakcje Domu nad Wierzbami. Przez przeszkloną ścianę roztacza się bezcenny widok na rozlewisko Bugu, gdzie mieszkają wydry i bobry. Czasem na łowy przychodzą także czaple. – W ogrodzie goście mogą się kąpać w wannie, pełnej ziół, pod którą pali się ogieńWrzucamy do kąpieli kurdybanki, rumianki i miętę z łąki. – mówi pani Basia. – Postawiliśmy ją w październiku, mój syn i jego znajomi korzystali z niej, ale ja się opierałam. Syn upomniał mnie, że nie mogę oferować atrakcji, której smaku nie znam. Weszłam do wanny i już nie chciałam wyjść. Było mi ciepło, przyjemnie. Dostałam kieliszek koniaku, było ciemno, wokół paliły się świeczki. Teraz latem dochodzi jeszcze rozgwieżdżone niebo. 

Naturalne spa - agroturystyka pod Warszawą (fot. Zuza Rozek)

Wanna i sauna stały się hitem wieczorów panieńskich. Choć nie tylko przyszłe panny młode relaksują się nad Bugiem – 18 miejsc noclegowych jest zajętych niemal cały rok. Nic dziwnego – tutejszy spokój udziela się natychmiast. Nie docierają tu inne odgłosy niż codziennego wiejskiego życia. Pianie koguta, odgłos rąbania drewna czy z rzadka przejeżdżającego traktora. Mimo że dom stoi w środku wioski, mamy wrażenie, jakbyśmy byli na uboczu. Roztaczające się przed nami rozlewisko Bugu wygląda jak z obrazu. W oddali pasą się krowy, a przechodzący przez łąki rolnik staje się integralnym fragmentem kompozycji. Urok tego pejzażu doceniają również artyści. – Raz w roku organizuję tu plener malarski, stąd w domu tyle obrazów. Sztuka zawsze mnie frapowała i tak zostało – zwierza się pani Basia.

agroturystyka - dom nad wierzbami (fot. Zuza Rozek)

Nieustające atrakcje

Gospodyni przyznaje, że nie ustaje w pracach nad tym, by gościom było tu jeszcze przyjemniej. – Przez trzy lata próbowałam posadzić na rozlewisku białe lilie wodne, które wreszcie się przyjęły. Posadziłam też nowe wierzby, ale ciężko im się przebić – za dużo konkurencji – śmieje się. – Niedługo mój syn dobuduje schody z tarasu, by można było tu siedzieć i podziwiać widok na Bug. Planujemy też zrobić kładkę na łąkę, żeby można było przejść nad wodę bezpośrednio z działki.

Z miejsca, skąd podziwiamy panoramę, nie widać, że przed lasem łęgowym, który zasłania nam Bug, jest jeszcze piękne rozlewisko. Pani Basia zachęca swoich gości, by przeciągali kajaki przez łąkę i korzystali z niego, bo łączy się z Bugiem. W lecie powstaje tam plaża, do której można dopłynąć, a bardziej wprawieni kajakarze mogą udać się na wyprawę wzdłuż rzeki. – Kiedy w zimie jest wystarczająco niska temperatura, wszystko zamarza i mamy tu lodowisko. Zdarzały się zimy, kiedy Bug zamarzał na tyle, że można było przejść na drugą stronę rzeki. Można się wtedy położyć się na lodzie i posłuchać, co dzieje się pod spodem. Te dźwięki są jak muzyka, życie tam buzuje – mówi pani Basia. A my wiemy, że nie mamy wyboru. Musimy odwiedzić Dom nad Wierzbami zimą.

W zawsze głodnym KUKBUK-u mamy niepohamowany apetyt na życie. Codziennie mieszamy w redakcyjnych garnkach. Kroimy teksty, sklejamy apetyczne wątki. Zanurzamy się w kulturze i smakujemy codzienność. Przysiądźcie się do wspólnego stołu i poczujcie, że w kolektywie siła!

Koszyk

suma:
NaN zł
Przejdź do koszyka