Kukbuk
Kukbuk

Przewodnik po Malcie

Dodaj do 'Przeczytaj później'

Jeśli zapytacie, co jeść na Malcie, odpowiedź będzie krótka: chleb! Chrupiąca, mocno spieczona skórka sprawi, że zaszumi wam w głowach jak po najlepszym szampanie. Przy takim śniadaniu można zapomnieć o tym, że na świecie do zjedzenia jest coś więcej.

Specjalista w zakresie kuchni śródziemnomorskich, dziennikarz kulinarny, podróżnik, fotograf. Publikuje w magazynie Czas Wina, Kukbuk, Podróże i w Twoim Stylu. Współpracuje z portalem Wirtualna Polska.  Pisze, gotuje i karmi, prowadzi warsztaty kulinarne oraz organizuje wyjątkowe kolacje degustacyjne. Jego pierwsza książka „Italia do zjedzenia” została nagrodzona Nagrodą Magellana 2018 oraz nominowana do Gourmand World Cookbook Awards. Aktualnie kończy prace nad drugą książką tym razem poświęconą Portugalii i jej kuchni.

Tekst: Bartek Kieżun

Zdjęcia: Bartek Kieżun

Opublikowano: 29 Kwietnia 2019
Ten artykuł przeczytasz w mniej niż 6 minut!

Mimo że od stołu z chlebem odrywaliśmy się na siłę, zwyciężyła świadomość, że nie samym chlebem człowiek żyje. Prócz doskonałego pieczywa udało nam się na wyspie znaleźć więcej interesujących atrakcji. Oto one!

Zacznijmy od śniadania. Malta ma za sobą długie lata dominacji brytyjskiej. Kontakty mają więc trzy dziurki, a samochody jeżdżą po lewej stronie. Nic dziwnego, że co druga restauracja na wyspie oferuje klasyczne brytyjskie śniadania. Nas jednak najbardziej zaciekawiło to, co maltańskie, bo fasolę i bekon mamy w domu. Sięgnęliśmy po pastę zwaną bigilla i po sery ġbejna. Pasta powstaje z różnych ziaren roślin strączkowych. My trafiliśmy na taką z soczewicy. Jest bardzo smaczna, porządnie doprawiona i świetnie smakuje o poranku. Sery za bazę mają krowie mleko i są znakomite. Jest wersja świeża, miękka jak twarożek i są starzone nieduże twarde serki z różnymi dodatkami. Wygrywa ten z pieprzem! Podczas wizyty na Gozo – dodam siłą rozpędu – poszukajcie tamtejszej wersji z mleka koziego!

Kawiarnia Cordina (Republic Street 244) w stolicy Malty Valletcie jest najstarsza w mieście. Budzi skojarzenia z ulem, bo dzieje się tam sporo, a z każdego możliwego zakątka do uszu dobiega szum krążącego personelu. Turyści siedzą jak królowa matka i wcinają słodycze, popijając kawą. Tamtejsi cukiernicy proponują francuskie eklery, sycylijskie cannoli oraz pyszne torty. W zasadzie moglibyśmy stamtąd nie wychodzić, ale w głowie cały czas miałem główny cel wizyty, czyli „Ścięcie św. Jana Chrzciciela” Caravaggia w katedrze.

Oderwaliśmy się więc od wypełnionego kremem waniliowym eklera i ruszyliśmy we właściwym kierunku. Daleko nie było! Katedra w Valletcie została zbudowana za pieniądze zakonu kawalerów maltańskich i jest jednym z najniezwyklejszych przykładów budowli sakralnych, jakie dane nam było oglądać. Cała dosłownie nurza się w złocie, jej ściany pokrywają złote płaskorzeźby wystające z ciemnego, malowanego tła. Wygląda to tak, jakby złote ozdoby przypięto do miękkiego weluru. Niesamowite! Jednak najbardziej niezwykłe rzeczy dzieją się w bocznej kaplicy. Ostatnie dzieło Caravaggia i jedyny obraz, jaki kiedykolwiek podpisał, zachwyca. Zachwyca też inne jego dzieło, czyli „Św. Hieronim piszący”. Powiem tak: lepiej nie zobaczyć plaży na Comino, niż ominąć katedrę i te dwa niesamowite obrazy! Pozycja obowiązkowa!

Casa Rocca Piccola niewielkie muzeum, które pokazuje, jak wyglądały domy bogatych rodzin w stolicy wyspy

W marcu na Malcie są już truskawki (dobre, nie takie z marketu!) i jest świeży bób, sprzedawany oczywiście w strąkach, jak wszędzie na Południu.

Frascati Cafe (Strait Street 184A) to dobre miejsce na przerwę w spacerze. Przyzwoite espresso (co na Malcie nie jest oczywistością). W menu znajdziecie również porządne kanapki i lasagne (5 euro), bo kuchnia na Malcie to mieszanka wpływów europejskich z włoską dominantą.

Casa Rocca Piccola (Republic Street 74) to cudowne niewielkie muzeum, które pokazuje, jak wyglądały domy bogatych rodzin w stolicy wyspy. Oprowadzanie – po angielsku, ale jest też polski przewodnik (drukowany) do pobrania w kasie, więc nieznajomość języka nie powinna być przeszkodą. Jeśli jesteście na wyspie z dziećmi, to dodam tylko, że pod muzeum są bunkry, gdzie Maltańczycy chowali się w czasie wojny przed nalotami. Abstrahując od makabrycznego kontekstu, młodzi ludzie, którzy byli tam w czasie naszej wizyty, na oko tacy, że powinni być w szkole, wyglądali na bardzo zaciekawionych.

Katedra w Valletcie została zbudowana za pieniądze zakonu kawalerów maltańskich i jest jednym z najniezwyklejszych przykładów budowli sakralnych, jakie dane nam było oglądać. Cała dosłownie nurza się w złocie, jej ściany pokrywają złote płaskorzeźby wystające z ciemnego, malowanego tła.

Moo’s (na rogu Old Theatre Street) to ekonomiczna opcja na lunch. Najprawdziwszy turecki jagnięcy kebab kosztuje 6 euro (świetny), w opcji wege jest falafel na talerzu z sałatkami za 8 euro (również świetny), a do tego turecka herbata (taka sobie). Wnętrze przypomina nieco pałace ze „Wspaniałego stulecia”, więc oczy, delikatnie mówiąc, wariują, ale jeśli w portfelu ma się ostatnie monety, nie powinno to być przeszkodą.

Sliema to miasto sąsiadujące z Valettą. Wystarczy parę minut promem i świat się zmienia. Zamiast zabytków jest nowocześnie, wszędzie mnóstwo sklepów, a w barach leją się koktajle. Jest mało turystycznie, bo turyści kręcą się tylko blisko wody. Z dwóch powodów: primo – robią zdjęcia, secondo – czekają na prom na Gozo i Comino, wyspy będące częścią archipelagu. My po krótkim spacerze zatrzymaliśmy się na chwilę w Hammett’s (Tigne Sea Front 33). Między szesnastą a osiemnastą mają tam tak zwane happy hours. Dwa koktajle w cenie jednego. Osobom, które wolą wino, polecam różowego shiraza. O zachodzie słońca jak znalazł.

Beati Paoli (St. Paul Street 240) w Valletcie to dobre miejsce na kolację i żeby spróbować dumy maltańskiej kuchni, czyli królika w ziołach z czosnkiem. Malutka knajpka ma mnóstwo uroku, a i karmi zacnie!

Birgu, podobnie jak Sliema, leży w bezpośrednim sąsiedztwie Valletty. To spokojne, urokliwe miasteczko wiosną jest zdecydowanie poza turystycznym ruchem. Marzec i kwiecień w Birgu to idealny moment, by odsapnąć. Na głównym placu miasteczka jest parę barów i restauracji. Sprawdziliśmy wszystkie i naszym faworytem został bar z restauracją w budynku towarzystwa muzycznego – Be Birgu (Misrah Ir-Rebha 11). Rano można tam wpaść na rogala giganta i kawę, potem na obiad lub kolację. Można też wyłącznie na wino (w karcie parę butelek z endemicznych szczepów z Malty) albo na bilard. Ceny umiarkowane!

Kinnie to napój gazowany na bazie ziół i gorzkich pomarańczy, podobny do włoskiego chinotto. Jest świetny i bardzo słodki – jeśli ktoś lubi cukier, będzie naprawdę szczęśliwy. Plotka głosi, że kinnie świetnie łączy się z ginem, czego nie możemy potwierdzić, bo nie zdążyliśmy spróbować. Kosztuje około 1 euro. Kinnie, nie gin, oczywiście!

W każdym miejscu na Malcie znajdziecie niewielkie punkty gastronomiczne sprzedające tak zwane paszteciki. W kawał ciasta zawija się różne rzeczy. Mogą to być sery, mogą też być paszteciki mięsne i – uspokajam wegetarian – warzywnych również jest sporo. Koszt to około 0,50 euro. I teraz uwaga: omijajcie miejsca nazywające się Sfinx – serwują niedobre rzeczy. Dobre są w punkcie przesiadkowym przed bramą miejską w Valletcie, zwłaszcza te z pastą z ciecierzycy!

Jeśli chcecie podróżować po Malcie komunikacją publiczną, pamiętajcie, by nie wkładać kierowcom palców do uszu. Z grafiki wiszącej w autobusach wynika, że lepiej do nosa! Kiedy robiłem zdjęcie, kierowca brał nerwowo zakręt, pewnie dlatego nie jest idealnie ostre!

W zawsze głodnym KUKBUK-u mamy niepohamowany apetyt na życie. Codziennie mieszamy w redakcyjnych garnkach. Kroimy teksty, sklejamy apetyczne wątki. Zanurzamy się w kulturze i smakujemy codzienność. Przysiądźcie się do wspólnego stołu i poczujcie, że w kolektywie siła!