Kukbuk
Kukbuk
Agnieszka Szulejewska

Nie ma wojny, jest Pokój

Dodaj do 'Przeczytaj później'

W wizualnym chaosie i ulicznej kakofonii warszawskiej Woli kryje się miejska oaza, przypominająca domek na drzewie. To otwierany sezonowo – w tym roku po raz piąty z rzędu – Pokój na lato, czyli letni pawilon kulturalno-rekreacyjny Muzeum Powstania Warszawskiego. Portret pokojowiczów, którzy korzystają z zielonego schronu i przyczyniają się do tworzenia stołecznej opowieści, nakreśla jego pomysłodawczyni i najpiękniejsza urzędniczka, jaką przyszło mi poznać, Agnieszka Szulejewska.

Tekst: Mari Krystman

Zdjęcia: Maciek Niemojewski

Opublikowano: 18 Lipca 2019
Ten artykuł przeczytasz w mniej niż 10 minut!

Jak tu przyjemnie!


Miło to słyszeć, bo dobre słowa o Pokoju na lato to dla mnie ciągle radocha, rodzaj nagrody za to, że stworzyliśmy takie miejsce na przekór wszystkim „Nie da się” czy „Tutaj? To bez sensu”, które słyszeliśmy, kiedy ten pomysł się narodził. I dzięki tej przekorze i determinacji zamiast na zaniedbanym ugorze siedzimy dzisiaj i rozmawiamy na zielonej wyspie w środku miasta.

Przyznam, że nie dziwi mnie to niedowierzanie, bo w końcu urzędniczka, pracująca w instytucji kojarzonej z niełatwą historią Polski i – nie da się ukryć – z patosem, tworzy zieloną, tętniącą życiem, a przy tym swojską oazę w trudnej dzielnicy Warszawy. Jak ci się to udało?


To udało się nam, bo Pokój na lato działa za sprawą siły i energii ludzi, z którymi mogę pracować. Dzięki nim mam poczucie, że wszystko można, byleby sobie ufać, no i widzieć trochę więcej niż tę szesnastą trzydzieści i fajrant. To też wynika z mojego podejścia do pracy – lepiej wymyślić i robić coś fajnego, niż siedzieć i urzędowo gnuśnieć. A do tego mam nad sobą szefa, który daje swobodę działania, wyzwala pokłady odpowiedzialności, żeby tego zaufania nie zawieść. A zapewniam, że po drodze do stworzenia Pokoju były setki minikataklizmów i min, na które mogłam wejść sama albo z muzeum. I znów nie zawiedli ludzie, których spotkałam po drodze – postanowili, że tego huraoptymizmu nie zgaszą, choć mogli. I tak pięć lat temu wymyśliliśmy i stworzyliśmy Pokój na lato. Z miłości do tego miasta i z chęci stworzenia bazy, która pozwoliłaby z wiedzą i edukacją kulturalną dosłownie wychodzić w miasto. Mogliśmy promować wiedzę i energię inspirujących ludzi, którzy wpływają na to, jak wygląda Warszawa. Pomyślałam wtedy: mamy zasoby i puste miejsce tuż obok Muzeum Powstania Warszawskiego – ono wręcz prosiło się o to, żeby coś z nim zrobić, żeby zagospodarować tę część Woli.

Warsztaty florystyczne w Pokoju na lato

fot. materiały promocyjne

I to niełatwą część, bo wciąż pokutuje przekonanie, że Wola jest poprzemysłowa i podejrzana albo biurowa, czyli nieludzka i głośna.


Na szczęście to się zmienia, bo dzielnica, którą dzisiaj widzisz, nie jest tą samą Wolą, jaką była pięć czy sześć lat temu. Urok miała Praga ze swoją szemraną tożsamością, urodą architektury, która przetrwała wojnę, przestrzeniami ściągającymi artystów. A Wola nie była atrakcyjna, nie było w niej tego czegoś. Dookoła znajdował się teren budowy, burzono stare fabryki, a my nie wiedzieliśmy nawet, co powstanie obok Muzeum. I wyrosły banki, biurowce, a później jeszcze więcej betonu, szkła i stali. Z nimi pojawiło się na Woli kilkadziesiąt tysięcy nowych mieszkańców – młodych ludzi, którzy są aktywni zawodowo, zakładają rodziny. Ale nie było infrastruktury: mieszkańcy nie mieli gdzie się spotkać po pracy, a mamy z wózkami chodziły po parku Wolności przylegającym do Muzeum, bo to był jedyny zielony obszar. Dlatego Pokój na lato miał być dla mieszkańców. Drugą rzeczą była próba odwrócenia komunikacji w Muzeum, otwarcie się na miasto. I tak na skarpie powstał pierwszy Pokój na lato – i rozrastał się z roku na rok. Nadaliśmy mu efemeryczną formułę – miejsce rozbłyska na wiosnę i lato, a znika jesienią.

Nie było zatem lekko – i mam na myśli nie tylko specyfikę przestrzeni, ale też skojarzenia z Muzeum Powstania Warszawskiego. Tu, w Pokoju na lato, gra muzyka, sączymy sobie lemoniadę, biegają dzieci, a za nami jest obiekt, w którym zgromadzono trudne pamiątki i wspomnienia.

Ten kontrast był kolejną rzeczą, z którą się zderzyliśmy. Zdarzało się, że podczas budowy ochrona kierowała do mnie kogoś, kogo idea powstania Pokoju na lato wzburzyła. Rozumiem, że wiele osób może mieć zakodowaną mentalną barierę nie do pokonania: że nawet teren za Muzeum to strefa pamięci, w której nie powinno być rozrywki. Staram się szanować te emocje i w rozmowach wyjaśniać, że niezależnie od tego, co jest nam bliskie i na kogo głosujemy, są takie wartości, które powinny być wspólne, i na tym warto się skupiać. Kolejne lata pokazują, że te emocje nie są już tak gwałtowne – pojawia się coraz więcej zrozumienia. Już na etapie tworzenia Pokoju na lato staraliśmy się wyraźnie zaznaczyć tę subtelną kwestię autorom projektu: Marlenie i Markowi Happachom. Chwała im za to, że są ludźmi renesansu, architektami i inżynierami, którym bliska jest perspektywa humanistyczna i którzy z delikatnością odnieśli się do tego tematu, choćby tworząc kładkę, by z Pokoju można było przechodzić do Muzeum.

Kładka pomiędzy Muzeum Powstania Warszawskiego i Pokoju na lato

Ta kładka to superproste, ale piękne rozwiązanie – podwójne połączenie: techniczne i metaforyczne. Opowiedz o niej.

W narracji zaznaczyliśmy, że Muzeum to strefa sacrum, a Pokój to profanum. Pewnie nie każdego do tego przekonam, ale myślę, że jeśli zadaniem instytucji jest opowiadanie o tragicznej przeszłości, o losach Warszawy – i jest to też opowieść o ludziach, którzy poszli do powstania – to musimy pamiętać, że oni walczyli także o to, żeby można było żyć w wolności. Zwyczajne, dobre życie w miejscu, które jest wolne, otwarte, tolerancyjne – to było przecież jedno z ich marzeń. Jeżeli więc czujemy się odpowiedzialni za niesienie tej schedy, to powinniśmy to robić w mądry sposób, skłaniać ludzi do własnej refleksji, a nie poddawać się narracji, która chce nas w tej historii pogrzebać, i nie wyciągać z niej wniosków. Upraszczam, ale myślę, że częścią naszej odpowiedzi jest właśnie działanie, które inspiruje do samodzielnego poszukiwania wiedzy. A pomost jest jak aorta, która pompuje ludzi w obie strony. Ktoś, kto tu przychodzi, dowie się o naszym cyklu Varsaviany i wpadnie na czwartkowe spotkanie poświęcone historii stolicy, a jeśli będzie chciał wiedzieć więcej, zaproszę go do Muzeum. Z kolei ktoś, kto wychodzi z Muzeum z dużym ładunkiem emocji, może tutaj usiąść i odetchnąć. Bo kiedy wchodzi się na tę kładkę, z ciemnego muzeum z mroczną przeszłością, to patrzy się na Warszawę jak na Feniksa powstałego z popiołu. Widać całą jej panoramę i przedziwną dynamikę, bo ona ciągle jest w ruchu, w procesie tworzenia się – to jest jej wyjątkowość.

Jeśli przyjmiemy, że Muzeum Powstania Warszawskiego odwiedzają przeróżni ludzie, a mieszkańcy Woli to niejednorodna społeczność, wychodzi na to, że do Pokoju na lato może przyjść każdy. I tworząc to miejsce, intuicyjnie postawiliście na takie egalitarne podejście. Nadal się to udaje?

Najbardziej zależało mi na tym, żeby to było miejsce prawdziwie demokratyczne, w którym każdy czuje się swobodnie: można przyjść w sandałach, w birkenstockach i – mówię to całkiem nieironicznie – kubotach i skarpetach. Każdy będzie tu miło ugoszczony. Różnorodność to też specyfika Woli: tu, na Grzybowskiej, jest hotel robotniczy, a tam stoi stara kamienica, w której mieszkają autochtoni – taki prawdziwy wolski wesoły element – a dalej już są apartamentowce, w których metr kwadratowy kosztuje kilkanaście tysięcy złotych. Tutaj są banki, a tam pracuje dział IT. Więc mamy kogoś, kto lubi Królewskie, i kogoś, kto lubi piwo rzemieślnicze, a my stoimy na ich drodze. Dlatego chcemy ich jednoczyć, sprawić, że mieszkaniec kamienicy, który właśnie spaceruje ze swoim rottweilerem, nie będzie wściekły, że coś mu tutaj wyrosło i hałasuje, tylko będzie wiedział, że na psa czeka u nas miska z wodą, a na niego chłodny napój i darmowy koncert. A obok usiądzie ktoś, kto wyjdzie z korporacji i będzie chciał poluzować krawat. W tym miejscu staramy się przypominać, że jesteśmy tylko ludźmi – zrzućmy więc na chwilę tę pretensjonalność i zróbmy sobie wakacje!

Agnieszka Szulejewska pomysłodawczyni Pokoju na lato

Bardzo chętnie! Macie tu chyba wszystko, co niezbędne do godnego przetrwania lata w mieście. W której części dnia warszawiacy najchętniej szukają tu wytchnienia?

W ciągu dnia są u nas mamy z maluchami, wycieczkowicze i przedstawiciele wolnych zawodów, a wieczorami napływa fala ludu pracującego – wtedy do końca skarpy porozkładane są leżaki, ludzie siadają też na kocach i poduchach. Gra muzyka, słychać śmiechy – codziennie tworzy się tu festiwalowy klimat. Jakby się uczestniczyło w takim miniopenerze. [śmiech]

Właśnie, muzyka! Przecież organizujecie tu świetne koncerty, które słyną z kulturalnej organizacji.

Na tym się znamy i najbardziej na świecie lubimy to robić. Pokój na lato ma swoje ograniczenia przestrzenne i cały proces produkcji przy liczbie słuchaczy, którzy nas odwiedzają, bywa wymagający, jeśli chce się zachować standardy, o których opowiadałam. Czasem po całym tym organizacyjnym maratonie zostajemy z sugestiami, które kładą nas na łopatki – typu „zdemontujcie to zielone badziewie”, a mowa tu o obsadzonych zielenią ścianach konstrukcyjnych. Jednak najważniejsze to usłyszeć podziękowanie od artystów, że dobrze im tu było, że chcą wracać i wracają, albo pochwały od ochrony, w ich nomenklaturze: „Pani Agnieszko, nie było incydentów!”. Z jednej strony to ocena stopnia organizacji, z drugiej – zasługa bezbłędnej, kulturalnej publiczności, pokojowiczów. Może to też siła słowa „pokój”?

Bar Pokoju na lato

O tak, bo jest coś pięknie dwuznacznego w tym wyrazie: macie pokojowe zamiary – szczególnie jeśli wziąć pod uwagę specyfikę Muzeum Powstania Warszawskiego – i tworzycie tu namiastkę swojskiego pokoju, jak domu.

Nasza nazwa jest grą słów – przeciwieństwem konfliktu i nawiązaniem do bezpiecznego schronienia. Dlatego w logo znalazł się gołąb, który niesie w dziobie gałązkę oliwną. A jeśli chodzi o wojnę, to u nas pojawia się ona tylko w przypadku walki o miejsca czy krzesła przed koncertem – starsze panie bywają bojowo nastawione. [śmiech]

Niesamowite, że przychodzą też do was seniorzy! To kim na dobrą sprawę są – jak ładnie ich nazywasz – pokojowicze?

To przede wszystkim ludzie, a nie grupa docelowa. To twórcy Pokoju na lato i jego odbiorcy: mieszkańcy Woli, ci dawni i ci nowi, ci, którzy tutaj pracują, i ci, którzy specjalnie do nas przyjeżdżają. Ich przekrój wiekowy widzę głównie na organizowanych przez nas warsztatach i na koncertach, które naprawdę łączą pokolenia: od O.S.T.R. po Alicję Majewską. Te koncerty bywają naprawdę wzruszające. Jedną scenę pamiętam szczególnie – podczas występu Stanisławy Celińskiej zauważyłam starszą panią na wózku inwalidzkim. Słuchała artystki i nagle popłynęły jej łzy. Bo Celińska właśnie tak śpiewa o życiu: przejmująco, o tym, że każdy z nas ma samotne noce, kiedy myśli o tym, dokąd to wszystko zmierza i dlaczego tak szybko. Sama się wtedy rozkleiłam, bo to są momenty, w których widać sens tej pracy, a nie tylko swój stres i zmęczenie. Sens tworzenia czegoś, co pozwala innym choć troszkę ominąć bariery finansowe, fizyczne czy mentalne. To się nie zawsze udaje, ale trzeba próbować. Naprawdę jesteśmy tu dla każdego. Chcielibyśmy, żeby seniorzy nie musieli się denerwować, że bilety na koncerty kosztują połowę ich emerytury, tylko mogli na nie przyjść, bo wstęp jest darmowy. A jeżeli będziemy chcieli urządzić imprezę taneczną, to zrobimy silent disco, żeby sąsiedzi z kamienicy mogli spać. Bo tutaj żyjemy pokojowo.

W zawsze głodnym KUKBUK-u mamy niepohamowany apetyt na życie. Codziennie mieszamy w redakcyjnych garnkach. Kroimy teksty, sklejamy apetyczne wątki. Zanurzamy się w kulturze i smakujemy codzienność. Przysiądźcie się do wspólnego stołu i poczujcie, że w kolektywie siła!