Kukbuk
Kukbuk

Berlin w 24 godziny

Dodaj do 'Przeczytaj później'

Berlin zaspokoi kulinarnie każdego i o każdej porze. Co więcej, zrobi to właściwie w każdej dzielnicy. Nienachalnie, jakby od niechcenia – i w tym największy jego urok.

Specjalista w zakresie kuchni śródziemnomorskich, dziennikarz kulinarny, podróżnik, fotograf. Publikuje w magazynie Czas Wina, Kukbuk, Podróże i w Twoim Stylu. Współpracuje z portalem Wirtualna Polska.  Pisze, gotuje i karmi, prowadzi warsztaty kulinarne oraz organizuje wyjątkowe kolacje degustacyjne. Jego pierwsza książka „Italia do zjedzenia” została nagrodzona Nagrodą Magellana 2018 oraz nominowana do Gourmand World Cookbook Awards. Aktualnie kończy prace nad drugą książką tym razem poświęconą Portugalii i jej kuchni.

Tekst: Bartek Kieżun

Zdjęcia: Bartek Kieżun

Opublikowano: 23 Kwietnia 2019
Ten artykuł przeczytasz w mniej niż 5 minut!

Oczywiście niemiecka stolica ma też wiele innych zalet. Tym razem jednak skupię się na tym, co i gdzie zjeść oraz wypić, zwłaszcza jeśli się do Berlina wpadło na krótko. Załóżmy, że lot lub samolot był rano i pojawiamy się w mieście razem ze słońcem. Dobrze jest zacząć dzień od śniadania. Niemcy uwielbiają celebrować pierwszy posiłek dnia, więc lokali z dobrymi śniadaniami jest mnóstwo, ale…

My sporą część poranka przesiedzieliśmy w dots · café · bar w dzielnicy Neukölln, na Weserstraße 191. Ta niewielka kawiarnia ma wszystko to, za co można pokochać Berlin. Miły, umięśniony, wąsaty i uśmiechnięty od samego rana personel, miski dla psów oraz opcje vege i vegan dla każdego, kto nie chce lub nie może jeść niczego związanego ze zwierzętami. Ma też bardzo przyjemne wnętrze po jakimś starym lokalu użytkowym. Sztukaterie na suficie sąsiadują tu z meblami vintage. W kuchni uwijają się tylko dwie osoby i potrafią wyczarować śniadania na słodko i słono. Jajka po benedyktyńsku z wędzonym łososiem kosztują 12 euro, ale smakują jak za 24, więc płacenie nie boli. Kawa i desery też niczego sobie!

Po śniadaniu czas na spacer. Mitte, czyli centrum niemieckiej stolicy, świetnie się do tego nadaje. Sporo tam galerii, i to takich niehandlowych, sporo butików młodszych i starszych projektantów. W weekendy ulice są pełne od rana, a wszyscy plączą się w tę i z powrotem, ruchem konika szachowego – od punktu do punktu. Tuż obok stoi katedra, Brama Brandenburska, są i inne atrakcje z przewodników, więc pewne jest, że nikt nudzić się nie będzie.

Stąd rzut beretem do Father Carpenters (Münzstraße 21, pierwszy dziedziniec) więc proponuję przerwę na kawę! Jest rewelacyjna. Miejsce, przemiłe i piękne, jest też dowodem na to, że Berlin nieco zwariował, a kawa stała się nową religią. Do FC nie wchodzimy z podwórka (lokal znajduje się na dziedzińcu kamienicy), tylko czekamy przy czerwonej jak korale, grubej jak łydka Schwarzeneggera linie rozpiętej na złotych słupkach. Gdyby nie poczucie dziennikarskiego obowiązku, zacząłbym krzyczeć, a tak stałem i czekałem, aż wystrojony w muchę kelner usadzi mnie przy stoliku. Jak już powiedziałem, kawa jest fantastyczna, jednak ja po raz pierwszy w Berlinie, wchodząc do baru, czułem się, jakbym zaliczał atrakcję turystyczną, więc FC polecam miłośnikom kawy, a nie atmosfery!

Drugą kawę wypiłem w The Barn na Auguststraße 58, bo było blisko. The Barn to lokal legenda, więc ryzykując zawał, wszedłem do środka, a sygnał alarmowy wył w mojej głowie jak szalony. Nikt tam nie mówi po niemiecku! Panie i panowie za barem angielskim posługują się sprawniej niż brytyjska królowa. Atmosfera nabożna jak w kaplicy poświęconej kawie. Ciasno nieco i alternatywnie do szpiku kości, ale jest to alternatywa przefiltrowana już przez mainstream. Zamówiłem espresso, rozejrzałem się dookoła i kiedy zauważyłem karteczkę następującej treści: „Nie wolno umieszczać komputerów na białych stolikach” – zapłaciłem i wyszedłem, bo wolę miejsca, gdzie nie czuję się jak w szkole pod czujnym okiem dyrektora. Za stary już jestem i na dyra, i na kawowe kaplice! Espresso kosztuje 3 euro.

Żeby nie dostać wrzodów, postanowiłem coś szybko zjeść. Curry 61 na Oranienburger Str. 6 samo na mnie wpadło. To jeden z dwóch najsłynniejszych punktów na mapie Berlina z kultową kiełbasą, czyli curry wurst. Zamówiłem, zjadłem i muszę powiedzieć, że dobre było jak zawsze!

Żeby nieco zgłodnieć przed obiadem, postanowiłem zażyć kultury, niekoniecznie kulinarnej. Sporo czasu spędziłem zatem na Wyspie Muzeów, gdzie rozlokowane są najważniejsze berlińskie placówki muzealne. W Neues Museum można się przyjrzeć najważniejszej na świecie egipskiej głowie, czyli Nefretete. W Altes jest świetna kolekcja sztuki greckiej i rzymskiej oraz etruskiej, więc tam spędziłem najwięcej czasu.

Na obiad wpadliśmy do Monsieur Vuonga przy Alte Schönhauser Str. 46. Kolejka była zdecydowanie dłuższa niż do Father Carpenters, ale nie było lin, tylko zwykłe ławeczki. Usiadłem obok państwa w wielkich ciemnych okularach (albo gwiazdy, albo kac po piątkowej imprezie!) i czekaliśmy na swoją kolej. Nie próbujcie wcisnąć się bez czekania – cerber w środku ma tylko jedną głowę, ale za to oczy dookoła niej. Dat Vuong przyjechał do Niemiec jako dziecko i tęsknił za aromatycznymi, nieskomplikowanymi daniami swojego rodzinnego miasta, czyli Ho Chi Minh, dawniej Sajgonu. Efekt: kultowy lokal na luzie, gdzie trudno wcisnąć szpilkę. Jedzenie bardzo smaczne, choć spodziewałem się więcej, jeśli wziąć pod uwagę kolejkę. Ceny do przełknięcia.

Jeśli po pho zostanie wam choć cień miejsca w żołądku, to po drugiej stronie ulicy dają pyszny sernik. Oprócz sernika Five Elephant (Alte Schönhauser Str. 14) kusi pięknym, nowoczesnym wnętrzem i doskonałą kawą. Sernik kosztuje piątkę.

Było już ciemno, kiedy wróciłem do Neukölln, na przedkolacyjne aperitivo do Naturales Weinbar na Friedelstraße 30. Tych parę kilometrów zmienia miasto nie do poznania, bo nikt tu nie dopieszcza budynków i chodników remontami. Zmieniają się też ceny. W Naturales można zamówić prawie wyłącznie wina naturalne i ekologiczne, do tego proste przekąski. Chłopaki mają dużo luzu i robią świetną robotę, a i zbankrutować tu trudno. Miejsce idealne dla tych, którzy bardziej cenią to, co w kieliszku, niż to, na czym i przy czym siedzą! Kieliszek wina od 4 euro.

Jaja to historia. Etienne Dodet i Julia Giese założyli w Berlinie wine bar i nazwali go Jaja, czyli tak jak się w Paryżu, skąd pochodzą, przywołuje kelnera, żeby uzupełnił brak w kieliszku. Nie szło. Dlatego szukali kogoś, kto mógłby u nich gotować i zrobić z Jaja bardziej bistro niż bar z winem. Kiedy do drzwi zastukała Yailen Munoz Diaz (na którą przyjaciele mówili… Yaya, albo to zbieg okoliczności, zupełnie wyjątkowy, albo po prostu marketing), okazało się, że lepiej trafić nie mogli. Niewielkie porcje, które przygotowuje Yaya, są rozkosznie smaczne i świetnie komponują się z naturalnymi winami, które dla swoich gości przygotowali Etienne i Julia. Ceny dużych zestawów tapas albo małych dań – to już zależy od punktu widzenia – zaczynają się od 5 euro, a kończą na 11 euro, wina są tańsze i droższe, od 18 euro za butelkę. Można tam spędzić naprawdę miły wieczór! Przemiły, powiedziałbym nawet! Jaja znajdziecie na Weichselstraße 7.

W zawsze głodnym KUKBUK-u mamy niepohamowany apetyt na życie. Codziennie mieszamy w redakcyjnych garnkach. Kroimy teksty, sklejamy apetyczne wątki. Zanurzamy się w kulturze i smakujemy codzienność. Przysiądźcie się do wspólnego stołu i poczujcie, że w kolektywie siła!

Koszyk

suma:
NaN zł
Przejdź do koszyka