Kukbuk
Kukbuk
Meksyk

Czarownicy, święta coca-cola i barszcz z limonką

Dodaj do 'Przeczytaj później'

O czarowniku, który wziął udział w meksykańskiej edycji „MasterChefa”, powrocie do tradycji azteckich i coca-coli w kościele opowiada Ola Synowiec, autorka przewodników po Meksyku i Mexico Magico Bloga.

Jacek Hołub - były dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Za książkę „Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci” nominowany do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej. Współautor reporterskiej biografii dyrektora Radia Maryja „Ojciec Tadeusz Rydzyk. Imperator”. Mieszka w Warszawie.

Tekst: Jacek Hołub

Zdjęcie główne: Jeremy Lwanga / unsplash.com

Zdjęcia: Ola Synowiec

Zdjęcie Oli Synowiec: Weronika Milczewska

Opublikowano: 26 Marca 2019
Ten artykuł przeczytasz w mniej niż 10 minut!

Wizytówką Meksyku jest kolorowa fiesta z okazji Día de los Muertos, czyli Święta Zmarłych. 

Uwielbiam to święto. Jest przepiękne. 


Ale przecież to żadna tradycja. W swojej książce sama pani ją demaskuje, wskazując, że zabawa została wymyślona kilkadziesiąt lat temu. 

To niczego jej nie ujmuje. Tradycje nie spadają na nas z nieba, wszystkie są wymyślane przez człowieka, wcześniej lub później. Fascynuje mnie to, jak powstaje i rozwija się tradycja, dlatego zainteresowały mnie początki dzisiejszych, jakże charakterystycznych dla Meksyku, obchodów Święta Zmarłych. Zdziwiło mnie, jak nowa jest to tradycja. Día de los Muertos na wizytówkę Meksyku wybrali politycy i specjaliści w dziedzinie turystyki w latach 20. XX wieku, a kolorowa fiesta z czaszkami to na dobrą sprawę rzecz jeszcze nowsza. Jest też tradycja licząca jedynie dwa lata – parada w mieście Meksyk, która swój początek zawdzięcza filmowi „Spectre”. Meksykanie ją pokochali. Na wspólną zabawę ściągają tłumy. Pewnie za 20 lat nikt już nie będzie pamiętał, że ta parada narodziła się przez film o Bondzie.

Meksyk

Meksykańscy rodzimowiercy, którzy nazywają się „tancerzami” zbierają się co roku na głównym placu miasta Meksyk, żeby uczcić rocznicę powstania Mexico Tenochtitlanu, dawnej stolicy imperium Azteków.

Meksykanie uwielbiają się bawić. 

Nawet święta kościelne idą w parze z dziką zabawą. W październiku, który jest tutaj miesiącem różańca, w jednej z wiosek w stanie Oaxaca zostaliśmy zaproszeni na nabożeństwo różańcowe. Szybko okazało się, że to huczna impreza. Po modlitwie mieszkańcy spotkali się w przykościelnej hali, kobiety ugotowały zupę, usmażyły tortille, a burmistrz biegał od stołu do stołu i osobiście polewał wszystkim mezcal, wódkę z agawy. Potem grała kapela, były tańce i fajerwerki. Religia jest dla Meksykanów przeżyciem wspólnotowym. Święta kościelne służą przede wszystkim byciu razem, a Meksykanie to bycie razem doprowadzili do perfekcji. 

Zaskoczyło mnie to pomieszanie kultur i obyczajów. Meksykanie chodzą do szamanek, które przeprowadzają indiańską ceremonię oczyszczenia z pomocą Boga i katolickich świętych.

Meksykanie wierzą, że limpia odpędza złe myśli i wyrzuca z ciała złą energię. To dość popularna praktyka, nie tylko wśród Indian. Codziennie zaskakuje mnie wiadomość, że z usług ludowych uzdrowicieli korzysta ten czy tamten znany polityk, popularny piosenkarz, szanowany lekarz lub adwokat. 

 

Meksyk

Meksykanie wierzą, że ceremonia oczyszczenia limpia odpędza złe myśli i wyrzuca z ciała złą energię. Zazwyczaj używa się do niej ziół, którymi otrząsa się całe ciało z przodu i z tyłu, albo dymu z żywicy

Limpia odpędza złe myśli i wyrzuca z ciała złą energię. Zazwyczaj używa się do tego ziół lub dymu z żywicy kopal, którymi otrząsa się całe ciało z przodu i z tyłu.

Jak wygląda taki rytuał?

Różni się on w zależności od regionu, inaczej przebiega u Majów na Jukatanie czy w Chiapas, a inaczej u czarowników w Catemaco. Zazwyczaj używa się do tego ziół, którymi otrząsa się całe ciało z przodu i z tyłu, albo dymu z żywicy kopal. Czasem złą energię zbiera się jajkiem albo nawet żywą kurą, której później ukręca się kark. Limpię można sobie zrobić profilaktycznie albo w określonej intencji, gdy ma się jakiś problem zdrowotny lub duchowy, na przykład chce się uwolnić od choroby, pecha lub rzuconego przez kogoś uroku. Oczyszczenie jest też wstępem do świętych praktyk i ceremonii. Na przykład do temazcalu, indiańskiej łaźni parowej. Gdy mieszkałam w San Cristóbal de las Casas na południu kraju, chodziłam na nią mniej więcej co dwa tygodnie. 

Niektórzy czarownicy są bardzo znani i szanowani przez władze. Nawet brujos, ci od czarnej magii.


Kandydaci na fotel prezydenta Meksyku odwiedzali czarowników przed zeszłorocznymi wyborami, a o związkach polityków z magią powstała obszerna książka. Brujo mayor, czyli główny czarownik, wziął udział w meksykańskiej edycji „MasterChefa”, jako celebryta, i przeprowadził limpię na jednym z jurorów. Gazety regularnie rozpisują się o jego przepowiedniach na nowy rok. Rytuały magiczne to część kultury ludowej, promowanej przez rząd. Stąd przypadki, że stanowy minister turystyki przyjeżdża do Catamaco, żeby otworzyć uroczystości związane z czarną mszą i festiwalem czarowników, a plakaty z płonącym pentagramem drukuje ratusz.

W swojej książce opisuje pani spotkanie z brujo mayorem dzień po odprawionej przez niego czarnej mszy. Trudno się go przestraszyć.


Wiele tych meksykańskich straszności wygląda właśnie tak jak podwórko brujo mayora. Z jednej strony piwniczka ze złotą figurą Szatana i demonów, z drugiej ołtarzyk z posągiem Matki Boskiej z Guadalupe, obok bawiące się dzieci, patrząca na brujo z pobłażaniem żona, wspólna przyjemna kawa na słońcu, żarty i śmiech. Może to wszystko wyrwane z kontekstu wygląda dziwacznie i przerażająco, ale na miejscu jest zwyczajnie, a magia splata się z codziennością. 

Meksyk

Festiwal czarowników w miasteczku Catemaco w stanie Veracruz, którego zwieńczeniem jest czarna msza.

Co roku granicę ze Stanami Zjednoczonymi próbują przekroczyć nielegalnie setki tysięcy Meksykanów.


Przepaść ekonomiczna między krajami jest ogromna, w USA można zarobić w godzinę tyle, ile tutaj niektórzy zarabiają w trzy dni. Tak ważny i bogaty sąsiad rzuca długi cień, warunkuje wiele sfer życia. Prezydent Meksyku Porfirio Díaz powiedział kiedyś: „Biedny Meksyk, tak daleko od Boga i tak blisko Stanów Zjednoczonych”. Stosunek samych Meksykanów do Ameryki jest ambiwalentny. Z jednej strony to kraina miodem, mlekiem i dolarami płynąca, źródło inspiracji kulturowych i lifestyle’owych marzeń, a z drugiej – zły, wykorzystujący i żerujący na biedzie Meksyku sąsiad, który zastawił duszę i tożsamość dla rozpusty, wyzucia z tradycji i ślepego konsumpcjonizmu. W jednej z piosenek na ten temat meksykańscy artyści Ali Gua Gua i Pato Machete śpiewają, że „oni może mają pieniądze, ale to my mamy serce”. Niektórzy starają się kupować tylko lokalne, meksykańskie produkty i unikać amerykańskich, ale większość jest zauroczona Ameryką, tak jak Polska Zachodem na początku lat 90. 

To dlatego coca-cola stała się świętym napojem rdzennych mieszkańców stanu Chiapas?


Można powiedzieć, że po trosze tak. Dzięki modzie, ale głównie dzięki świetnym strategiom marketingowym koncernu oraz jego mistrzowskiemu lobby. Przedstawiciele firmy z Atlanty porozumieli się z lokalnymi elitami, które były odpowiedzialne w społeczności za sprzedaż świętego alkoholu z kukurydzy, zwanego poxem, wykorzystywanego w czasie ceremonii, ale także jako rytualna waluta. W ten sposób z czasem w kościele podczas modlitw obok poxu pojawiła się coca-cola, a napojem zaczęto płacić za usługi uzdrowiciela, położnej czy swatowi. Niektórzy wierzą, że potrafi łączyć z Bogiem.

Meksyk

W Meksyku stoiska ulicznych sprzedawców jedzenia są wszechobecne. Uliczny wózek z tacos w San Cristóbal de las Casas.

Spotkała pani rodzimowierców: biznesmenów, lekarzy i urzędników, którzy zrzucają garnitury i dżinsy, zakładają pióropusze oraz grzechotki i tańczą na głównym placu miasta Meksyk, żeby uczcić rocznicę powstania México-Tenochtitlánu, dawnej stolicy imperium Azteków. Dlaczego to robią? Przecież nie są Indianami.


Większość z nich ma w sobie kropelkę krwi indiańskiej, można więc powiedzieć, że w jakiejś części nimi są. Ale tylko genetycznie – dzisiaj życie większości meksykańskich rodzimowierców próbujących odtwarzać dawne wierzenia Azteków bardziej przypomina życie mieszkańca europejskiego miasta niż ich indiańskich sąsiadów na wsiach, nie mówiąc już o dawnych azteckich przodkach. Dlaczego to robią? To już kwestia indywidualna. Jedni poszukują swojej tożsamości jako naród. Odrzuca się kulturę hiszpańską i amerykańską, a szuka czegoś, co będzie w stu procentach meksykańskie. Pada więc na dawne, przedhiszpańskie cywilizacje. Inni z kolei pragną powrotu do natury, próbują w wiedzy „mądrych przodków” znaleźć panaceum na problemy dzisiejszego świata.

Ola Synowiec Meksyk

Ola Synowiec – autorka książki „Dzieci Szóstego Słońca”, przewodników po Meksyku i Mexico Magico Bloga. Absolwentka polonistyki oraz latynoamerykanistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2011 roku mieszka w Meksyku i pisze o nim dla polskiej prasy. Obecnie, od pół roku, wraz z chłopakiem przemierza pieszo kraj z południa na północ. 

Zazwyczaj siada się na plastikowych krzesełkach przy wózku, miejsc jest mało, więc wszyscy jedzą razem. Fajne jest to, że każdy, kto przychodzi do takiego straganu, mówi „dzień dobry”, „smacznego”. To przeniesienie aury rodzinności na ulicę.

Mówiła pani o poczuciu wspólnotowości Meksykanów. Jedzenie może łączyć?


Meksyk je na ulicy. Robią tak wszystkie klasy społeczne. Jadący rano do pracy robotnik zatrzymuje się na kawę i tamales, nadziewane ciasto z mąki kukurydzianej, gotowane na parze w liściu kukurydzy lub bananowca. Wracający z imprezy hipsterzy i bogata młodzież, na którą mówi się tutaj fresas, czyli truskawki, przystają po imprezie przy wózku z tacos. Stoiska ulicznych sprzedawców są wszechobecne. Jedząc, poznaję tam mnóstwo ludzi. Zazwyczaj siada się na plastikowych krzesełkach przy wózku, miejsc jest mało, więc wszyscy jedzą razem. Fajne jest to, że każdy, kto przychodzi do takiego straganu, mówi „dzień dobry”, „smacznego”. To przeniesienie aury rodzinności na ulicę. 

Wielu turystów boi się jeść na ulicy.


Niesłusznie. Doświadczenie prawdziwej kuchni meksykańskiej nie może się obyć bez jedzenia na ulicy. Smakuje ono zupełnie inaczej niż w restauracjach. Wiele dań jest sprzedawanych tylko z wózków. W nich jest kwintesencja lokalnej kuchni. Tamales w restauracjach nigdy nie dorównają świeżutkim tamales od ulicznego sprzedawcy. 

 

Gotuje pani czasem znajomym Meksykanom polskie potrawy?


Tak. Nasza kuchnia im smakuje, chociaż generalnie jest za ciężka na tutejsze warunki pogodowe. Największą sensacją jest dla nich barszcz. Mają buraki, ale nikt nie wpadł na to, by zrobić z nich zupę. Znajoma Indianka, która prowadzi knajpkę w Oaxace, chce go nawet wprowadzić do swojej oferty. Tylko że wszystko, co zrobię, Meksykanie doprawiają po swojemu. Pierogi polewają ostrym sosem, a barszcz skrapiają limonką.

W zawsze głodnym KUKBUK-u mamy niepohamowany apetyt na życie. Codziennie mieszamy w redakcyjnych garnkach. Kroimy teksty, sklejamy apetyczne wątki. Zanurzamy się w kulturze i smakujemy codzienność. Przysiądźcie się do wspólnego stołu i poczujcie, że w kolektywie siła!