Kukbuk
Kukbuk
Ludzie czekający w kolejce do ujścia wody w jednym z obozów położonych na obrzeżach stolicy Somalii. Fragment materiału realizowanego dla PAH. Somalia 2018. RAST agencja fotograficzna (fot. Filip Skrońca)

Siła opowieści – RATS Agency

Dodaj do 'Przeczytaj później'

Członkowie RATS Agency wierzą, że współczesny storytelling ma moc wpływania na rzeczywistość i kształtowania postaw, a obraz może nadal zmieniać świat. Poznajcie bliżej czworo fotografów opowiadających historie tych, którym odebrano głos.

Opublikowano: 18 Września 2019
Ten artykuł przeczytasz w mniej niż 8 minut!

Pomysł na RATS Agency powstał w głowach Agaty Grzybowskiej, Karola Grygoruka i Filipa Skrońca rok temu. Potem do zespołu dołączyli Grzegorz Wełnicki, Michał Dąbrowski, Marta Soszyńska i Ewa Mielczarek. W przypadku RATS trudno mówić jedynie o agencji fotograficznej – to mała wspólnota, w której każdy pełni interdyscyplinarne funkcje. Agata zajmuje się fotografią i wideo, Karol fotografuje i pisze, Filip tworzy wideo i teksty, Grzegorz fotografuje i eksperymentuje z VR, Marta jest reżyserką i producentką, Ewa to kuratorka i producentka, Michał jest grafikiem oraz nadzoruje merytorycznie pracę nad składem i spójnością projektów.

Głównym celem RATS Agency jest zwiększenie świadomości w zakresie współczesnych problemów dotyczących praw człowieka i oddawanie głosu osobom, które z różnych powodów nie mogą same opowiedzieć swoich historii. Podstawą działania agencji jest współpraca z organizacjami pozarządowymi – tworzenie dla nich multimedialnych reportaży i promowanie edukacji wizualnej.

Szkoła w Garoowe w Somalii. W 2013 roku somalijski rząd zaczął popierać kształcenie dziewczynek, twierdząc, że kobiety są przyszłością somalijskiego społeczeństwa. Zdjęcie zrobione dla PAH. (fot. RAST

Szkoła w Garoowe w Somalii. W 2013 roku somalijski rząd zaczął popierać kształcenie dziewczynek, twierdząc, że kobiety są przyszłością somalijskiego społeczeństwa. Zdjęcie zrobione dla PAH. (fot. Agata Grzybowska/RATS Agency)

Agata Grzybowska

Jakie były twoje fotograficzne początki?

Agata Grzybowska: Od dziecka próbowałam zatrzymać, uchwycić obraz, najpierw poprzez rysunek, później dzięki fotografii, bo odwzorowanie rzeczywistości było wierniejsze i szybsze. Od samego początku człowiek był dla mnie najważniejszy. Fotografii humanistycznej – patrzenia na jednostkę, podejścia do indywiduum i kompozycji obrazu – nauczył mnie Marian Schmidt. Jako pierwszy pokazał mi, że poprzez fotografię dąży się do prawdy. Szukanie prawdy stało się u mnie swojego rodzaju obsesją. Pierwszy projekt dokumentalny to wyjazdy z Marianem Schmidtem do Rumunii w 2006 roku. Pracowaliśmy nad książką fotograficzną o Rumunii.

Dlaczego zajęłaś się reportażem?

Chcę opowiadać historie ludzi, którym odebrano głos. Nie pracuję w fotografii komercyjnej ani modowej. Nie jestem w stanie pracować z „produktem”, którym jest ludzkie ciało, tworzyć treści opartych wyłącznie na pięknie i hołdujących pustemu konsumpcjonizmowi.

Dlaczego zdecydowałaś się działać w grupie?


Wydaje mi się, że żyjemy w świecie, który jest coraz bardziej obojętny i cyniczny. Nikogo nie obchodzi sytuacja między innymi w krajach Globalnego Południa. Ja mam w sobie głęboki sprzeciw wobec tego, sprzeciw wobec ludzkiego cierpienia i zła. Dzięki pracy w grupie ludzi, którzy mają podobną wrażliwość, ale zarazem podobny bunt i niezgodę w sobie, mamy siłę, by działać mocniej i skuteczniej w opowiadaniu historii innych – tych, których nikt nie chce słuchać ani słyszeć. Dla mnie nie ma nic ważniejszego.

Tajlandia. Żółnierze w tradycyjnych strpjach. Zdjęcia pochodzą z projektu „I Love You Dad”. (fot. Karol Grygoruk /RAST)

Zgodnie z artykułem 112 tajskiego kodeksu karnego ten, kto zniesławia, obraża lub zagraża królowi, królowej, następcy tronu lub regentowi, podlega karze do 15 lat więzienia. Współcześnie tajskie prawo lèse-majesté, stanowiące o obrazie majestatu, wciąż należy do najsurowszych na świecie. Zdjęcia pochodzą z projektu „I Love You Dad" Karola Grygoruka 

 

Karol Grygoruk

Jakie były twoje fotograficzne początki?

Karol Grygoruk: Moja pierwsza praca to pomoc przy festiwalu filmowym Watch Dog, organizowanym przez Helsińską Fundację Praw Człowieka. Nie planowałem pracy fotografa. W moich wyobrażeniach o przyszłości miałem być aktywistą, pracownikiem organizacji pozarządowych. Szybko przekonałem się, że taka praca to przede wszystkim obowiązki i odpowiedzialność, ale chciałem działać. Zmuszałem się do fotografii. Z trudem przychodziło mi planowanie projektów. Dopiero studia w Opawie nauczyły mnie prawdziwej pracy dokumentalnej.

Dlaczego zająłeś się reportażem?


Od początku w centrum moich zainteresowań znajdował się człowiek. Pierwszy projekt dotyczył bezdomności w Warszawie. Spędzałem całe noce na Dworcu Centralnym, rozmawiając i fotografując ludzi. Dla niektórych był to świadomy wybór i swego rodzaju wolność, u innych powodem były życiowe tragedie i poczucie bezradności. Kilka miesięcy temu spotkałem Darka, jednego z bohaterów projektu. Stał na Krakowskim Przedmieściu, miał rozłożony kocyk, a na nim dużo różności na sprzedaż. Podszedłem, przywitałem się i porozmawialiśmy – pamiętał mnie, mimo że minęło ponad 10 lat.

Dlaczego zdecydowałeś się działać w grupie?

Potrzebuję wspólnoty ludzi myślących i działających podobnie do mnie. To właśnie praca komercyjna nauczyła mnie, że samemu trudno zbudować wielowymiarowy projekt. Wspólnie, z grupą, motywujemy się do działania i możemy na sobie wzajemnie polegać.

Ulica Onyx o wschodzie słońca. W tle wieżowce bogatej dzielnicy Makati. Z cyklu „Eli, Eli” Grzegorza Wełnickiego, Filipiny 2012. (fot. Grzegorza Wełnick / RAST

Ulica Onyx o wschodzie słońca. W tle wieżowce bogatej dzielnicy Makati. Z cyklu „Eli, Eli” Grzegorza Wełnickiego, Filipiny 2012.

Grzegorz Wełnicki

Jakie były twoje fotograficzne początki?

Grzegorz Wełnicki: Jako nastolatek marzyłem, by zostać rysownikiem komiksów. Większość wolnego czasu spędzałem nad zeszytem, w którym wykonywałem szkice. Pamiętam ocenę niedostateczną, którą otrzymałem na zajęciach plastycznych w szkole podstawowej. Zostałem niesłusznie posądzony o przyniesienie rysunku, który rzekomo został wykonany przez moich rodziców. Prowadząca zajęcia nie przyjęła mojego tłumaczenia, że spędziłem cały wieczór, wykonując pracę domową i równolegle oglądając w telewizji detektywa Columbo. Szybko zrozumiałem, że ołówek i kartka papieru nie dają mi możliwości przekazania tego, co czuję i widzę. Poprosiłem ojca, który miał kilka epizodów z fotografią, aby nauczył mnie podstaw. Godzinami chodziłem po mieście i wykonywałem fotografię uliczną, ucząc się przy tym podstaw warsztatu. Z okazji wejścia w pełnoletność otrzymałem pieniądze na zorganizowanie imprezy. Postanowiłem wydać je inaczej i zakupiłem swój pierwszy aparat fotograficzny, za resztę kupiłem trzy tanie wina i dwie paczki spaghetti.

Dlaczego zająłeś się reportażem?


Od początku w centrum moich zainteresowań znajdował się człowiek. Pierwszy projekt dotyczył bezdomności w Warszawie. Spędzałem całe noce na Dworcu Centralnym, rozmawiając i fotografując ludzi. Dla niektórych był to świadomy wybór i swego rodzaju wolność, u innych powodem były życiowe tragedie i poczucie bezradności. Kilka miesięcy temu spotkałem Darka, jednego z bohaterów projektu. Stał na Krakowskim Przedmieściu, miał rozłożony kocyk, a na nim dużo różności na sprzedaż. Podszedłem, przywitałem się i porozmawialiśmy – pamiętał mnie, mimo że minęło ponad 10 lat.

Dlaczego zdecydowałeś się działać w grupie?


Agencja RATS to ludzie, którzy wyznają podobne wartości moralne do moich – to dużo w dzisiejszych czasach. Ułatwia to proces twórczy. Rozmawiamy, wspieramy się, realizujemy materiały.

Zdjęcie chłopca – albinosa ze zbiorów Agencji fotograficznej RAST (fot. Filip Skrońca / RAST)

Zdjęcia z wielopoziomowego projektu Filipa Skrońca, opowiadającego o prześladowaniach osób z albinizmem w Tanzanii i wielu innych krajach Afryki. Tanzania 2014-2018.

Filip Skrońc

Jakie były twoje fotograficzne początki?


Filip Skrońc: To może nie był pierwszy projekt, ale pierwsza rzecz zrobiona na własnych zasadach. Napisałem minireportaż o chłopakach z Polski, którzy wyjechali za pracą do Szwecji i stali się specjalistami od podrzynania gardeł łososiom. Tekst został odrzucony we wszystkich redakcjach, zarzucano mu zbyt autorski język, ale zdobył Nagrodę im. Macieja Szumowskiego. Nagroda była na tyle wysoka, że pozwoliła na zakup profesjonalnego aparatu i podróż do Azji. To wtedy pojawiły się fotografia i pierwsze próby z filmem. 

Dlaczego zająłeś się reportażem?


Przez całe życie męczyło mnie czytanie książek i oglądanie filmów, ale nie rozumiałem dlaczego. Czytałem dzienniki i tygodniki, jednak lektury szkolne czy pozycje z biblioteczki rodziców całkowicie mnie odrzucały. Bardzo późno – i to przez całkowity przypadek – natrafiłem na reportaż literacki. Nagle zrozumiałem, że jako odbiorca nie potrafiłem zaangażować się w fikcję. Zaraz po liceum zacząłem pracę jako dziennikarz, ale szybko znudziłem się pisaniem artykułów zza biurka. Zacząłem zamieniać swoje doświadczenia z podróży autostopem po Europie, Bliskim Wschodzie i północnej Afryce w teksty.

Dlaczego zdecydowałeś się działać w grupie?

Zbieranie materiału jest wspaniałym procesem, ale późniejsze godziny poświęcone na pisanie czy montaż to chwile, gdy jest się z tym wszystkim samemu. Ta samotność i brak dystansu do własnej pracy to pułapki, więc praca z osobami o podobnej wrażliwości jest sposobem na odmienienie własnego podejścia do pracy dokumentalisty. Każda rozmowa, którą odbywamy w grupie, ma w sobie coś, co wpływa na pracę – zarówno na poziomie historii, jak i formy, w jakiej zostanie podana.

W zawsze głodnym KUKBUK-u mamy niepohamowany apetyt na życie. Codziennie mieszamy w redakcyjnych garnkach. Kroimy teksty, sklejamy apetyczne wątki. Zanurzamy się w kulturze i smakujemy codzienność. Przysiądźcie się do wspólnego stołu i poczujcie, że w kolektywie siła!

Koszyk

suma:
NaN zł
Przejdź do koszyka